08.09.2023, 22:17 ✶
- Jeśli masz problem z odżywianiem, synu, to będę cię pilnował nawet bardziej niż Florence - odparłem na jego żarciki niby rozbawiony, ale pewna nuta w moim głosie jawnie świadczyła, że mogłem przerodzić to w faktyczny plan na nasze relacje, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. Potrafiłem być surowy, potrafiłem na całego, jeśli zachodziła taka potrzeba. Szczególnie w ramach tematyki życia i śmierci moich dzieci.
To też mogło dawać do myślenia, bo raczej lepiej było już się poświęcić i pilnować swojego talerza, zamiast podpadać Panu Edwardowi Prewettowi z Keswick. Dżentelman i stoik, ale nie dawał przecież sobie w kaszę dmuchać. Oj, moja kasza była moją kaszą. Lepiej nawet obok niej nadmiernie nie oddychać, aby za bardzo nie prowokować.
Mimo tej surowości, zaśmiałem się, tak pełną piersią, odrzucając nieznacznie głowę do tyłu, kiedy Lorek rzucił tak o tej paszy. Śmiech potoczył się donośnie po ogromnym placu przed nami. Cóż to za żart sytuacyjny, doprawdy wybitny. Faktycznie, nawet nie pomyślałem, że tak to mogło wyglądać. Pokręciłem głową, wciąż uśmiechnięty.
- Jak ci mówiłem, nie przejmuj się matką, a tu jesteś zawsze mile widziany. Nie tylko wtedy, kiedy wysyłam ją za granicę - podsumowałem z cwanym uśmiechem.
Lorek musiał mi przyznać, że to było sprytne posunięcie. Zapewne sprytne do czasu, kiedy droga moja małżonka nie wróci z podróży i nie usłyszy plotek, że całkowitym zbiegiem, przypadkiem ogromnym, w dniu jej wyjazdu, przyjechał jej ulubiony synek. Jakoś sobie z tym poradzę! To trochę jej wina, że była taka nieprzejednana. Trochę wychodziła z niej wojowniczka. Uparciucha... Ale wciąż żona. Musiałem przyznać, że za nią już tęskniłem, tym lepiej, że Lorek się nie spóźnił i przyjechał już dziś zgodnie z zapowiedzią.
Ale chwila... Mina mi zrzedła i zmarszczyłem brwi w skupieniu, bo coś było nie tak. Przystanęliśmy nawet, bo co tam stajnia przy takich klimatach. Chyba nawet skrzat, który do nas przydreptał się wstrzymał z pytaniem o polecenia. Wręcz wylewało się z Laurenta falami przerażenie, które widziałem w jego oczach. Przez dłuższą chwilę musiałem przetrawić i ułożyć sobie w głowie jego kolejne słowa, nim tak naprawdę do mnie dotarły.
- Jak to... Zaatakował cię kiedy spałeś czy kiedy śniłeś? We śnie-śnie? - zapytałem zdjęty strachem. Aż odruchowo rozejrzałem się wokół, próbując wyłapać cokolwiek z otoczenia, jak gdyby ktoś śmiał na terenie naszej posesji może węszyć, czyhać na życie mojego syna. - Zgłosiłeś to w Biurze Aurorów i nie przydzielili ci żadnej ochrony? Mniemam, że jeszcze nie dorwali tego paskudnika? - dodałem nieco pytań, chcąc być bardziej w temacie.
- Zgrzebku, ostrzeż Kevina Costnera i resztę ochrony. Niech zachowają szczególną ostrożność - odezwałem się do skrzata, nawet na niego nie patrząc. Zacisnąłem dłonie w pięści. - Przygotuj nam napar na ukojenie - dodałem, obserwując syna. Czułość mieszała mi się ze strachem. Nigdy nie brałem pod uwagę ewentualności, że mógłbym go stracić.
To też mogło dawać do myślenia, bo raczej lepiej było już się poświęcić i pilnować swojego talerza, zamiast podpadać Panu Edwardowi Prewettowi z Keswick. Dżentelman i stoik, ale nie dawał przecież sobie w kaszę dmuchać. Oj, moja kasza była moją kaszą. Lepiej nawet obok niej nadmiernie nie oddychać, aby za bardzo nie prowokować.
Mimo tej surowości, zaśmiałem się, tak pełną piersią, odrzucając nieznacznie głowę do tyłu, kiedy Lorek rzucił tak o tej paszy. Śmiech potoczył się donośnie po ogromnym placu przed nami. Cóż to za żart sytuacyjny, doprawdy wybitny. Faktycznie, nawet nie pomyślałem, że tak to mogło wyglądać. Pokręciłem głową, wciąż uśmiechnięty.
- Jak ci mówiłem, nie przejmuj się matką, a tu jesteś zawsze mile widziany. Nie tylko wtedy, kiedy wysyłam ją za granicę - podsumowałem z cwanym uśmiechem.
Lorek musiał mi przyznać, że to było sprytne posunięcie. Zapewne sprytne do czasu, kiedy droga moja małżonka nie wróci z podróży i nie usłyszy plotek, że całkowitym zbiegiem, przypadkiem ogromnym, w dniu jej wyjazdu, przyjechał jej ulubiony synek. Jakoś sobie z tym poradzę! To trochę jej wina, że była taka nieprzejednana. Trochę wychodziła z niej wojowniczka. Uparciucha... Ale wciąż żona. Musiałem przyznać, że za nią już tęskniłem, tym lepiej, że Lorek się nie spóźnił i przyjechał już dziś zgodnie z zapowiedzią.
Ale chwila... Mina mi zrzedła i zmarszczyłem brwi w skupieniu, bo coś było nie tak. Przystanęliśmy nawet, bo co tam stajnia przy takich klimatach. Chyba nawet skrzat, który do nas przydreptał się wstrzymał z pytaniem o polecenia. Wręcz wylewało się z Laurenta falami przerażenie, które widziałem w jego oczach. Przez dłuższą chwilę musiałem przetrawić i ułożyć sobie w głowie jego kolejne słowa, nim tak naprawdę do mnie dotarły.
- Jak to... Zaatakował cię kiedy spałeś czy kiedy śniłeś? We śnie-śnie? - zapytałem zdjęty strachem. Aż odruchowo rozejrzałem się wokół, próbując wyłapać cokolwiek z otoczenia, jak gdyby ktoś śmiał na terenie naszej posesji może węszyć, czyhać na życie mojego syna. - Zgłosiłeś to w Biurze Aurorów i nie przydzielili ci żadnej ochrony? Mniemam, że jeszcze nie dorwali tego paskudnika? - dodałem nieco pytań, chcąc być bardziej w temacie.
- Zgrzebku, ostrzeż Kevina Costnera i resztę ochrony. Niech zachowają szczególną ostrożność - odezwałem się do skrzata, nawet na niego nie patrząc. Zacisnąłem dłonie w pięści. - Przygotuj nam napar na ukojenie - dodałem, obserwując syna. Czułość mieszała mi się ze strachem. Nigdy nie brałem pod uwagę ewentualności, że mógłbym go stracić.