Victoria przyglądała się twarzy Laurenta przez chwilę, ale czy to ze względu na nerwy, czy kiepskie oświetlenie pomiędzy drzewami – nie dostrzegła przebłysków srebra, ani tego, że jego spojrzenie wydawało się być… ociupinkę starsze, niż było. Może i dobrze, że jeszcze tego nie zauważyła, była wszak już wystarczająco zdenerwowana na całą sytuację i bezmyślne zachowanie Laurenta. Wybiegając w przód: bardzo dobrze, że Ministerstwo zakaże wstępu do Kniei cywilom, szkoda, że dopiero jutro…
Ten uśmiech, który Laurent do niej skierował, nie ostudził jej złości, za to ją tknął, tak odrobinę.
– Co tu sprawdzać. Mało ci było dowodów na pani Found? – Victoria wiedziała, że Mildred sobie tego nie zmyśliła, no przecież znali się czarodzieje z Doliny i ona zdecydowanie nie była w takim wieku, w jakim była. – To nie są magiczne stworzenia. To pierdolone widma wysysające z ludzi energię życiową – nie słyszał w jakim stanie znaleziono niektóre ciała po Beltane? Nie widział pani Found? A może nie słuchał wystarczająco wyraźnie o czym była mowa?
Obserwowała go przez moment, gotowa zatrzymać go nawet zaklęciem, jeśli wyszedłby gdzieś dalej a nie tylko po swój płaszcz. Na szczęście był grzecznym chłopcem i nie szukał już tych widm. Słowa wykrzyczane przez Brennę były zresztą zbieżne z tym,, co myślała Victoria.
– W ich obecności czułam się jakbym znowu była w Limbo. Nie wiem jak to wyjaśnić. I nie wiem czy to dobre skojarzenie – rzuciła jeszcze, nim wrócili do chatki i reszty towarzyszy. Pani Mildred wyglądała na przerażoną, Brenny nie było – zakładała, że weszła do domu po rzeczy star(sz)ej czarownicy.
Kiwnęła do Patricka – to chyba była dobra propozycja, by przeszli się wokół domku, ten nie był przesadnie duży, a przynajmniej Mildred nie będzie tutaj stała, całkiem przerażona. Victoria próbowała opanować złość, ale na kolejne słowa Laurenta po prostu się nie dało. I nie chodziło o to, że miała go za wariata. Wystarczyłoby, że nim tak wyrwał, wyjaśniłby co chce zrobić, a nie…
– Przede wszystkim narażałeś siebie. Bo my mamy taką pracę, która z definicji jest niebezpieczna. Ty – nie – Brygadziści i Aurorzy narażali się codziennie. Jakieś widma to były tylko kolejne cuda do kolekcji, a po Limbo Victoria miała wrażenie, że mało co już ją zaskoczy w taki sposób, bo poprzeczka została powieszona zajebiście wysoko. – To nie są dementorzy. Nie mają nawet materialnego ciała. Nie mydl mi tutaj gadką o magicznych stworzeniach, bo to nie są żadne zwierzaczki, bliżej temu do duchów czy poltergeistów – Victoria nie zapomniała, że Laurent nie zajmował się tylko puffkami. Po prostu uważała, że kiepsko ocenił sytuację i nie powinien po lesie chodzić sam. Abraksam i jarczuk, które robiły wszystko czego chciał to w takiej chwili żadna obstawa.
Sama stojąc przed wejściem do domku rozglądała się na boki, ściskając swoją różdżkę, czy jednak jakieś widmo nie postanowiło wrócić.