Podziałało. Cokolwiek się stało, może to, co do niego mówiła – ale podziałało, bo energia go oplatająca zniknęła.
Uśmiechnęła się do niego pokrzepiająco. I już otwierała buzię, żeby mu odpowiedzieć, że „tak, taką jak pani Fawley, z różdżką”, ale nagle… pękł, i rozlał się po pomieszczeniu słoną, morską wodą. Zamienił się… w morską pianę.
Victoria po prostu zamrugała i rozejrzała się najpierw na boki, a później pod nogi, orientując się, że depcze właśnie mokre deski ładowni.
Zaraz… Pani Fawley? Znała to nazwisko. Tylko, że… to tylko sen. To nie działo się naprawdę. Śniła. Śniła sen o statku, o byciu Victorią stone, pokojówką jakiejś hrabiny, napastowanej przez jej syna. Śniła sen o podróży statkiem, o matce, która katowała syna, o czarodzieju, którego nikt nie nauczył, jak kontrolować magię. Śniła sen, ale kiedy w niego zapadła? Dlaczego był tak realistyczny? Już kiedyś taki miała – gdy nieznajomy jej mężczyzna próbował ją zabić i Brenna wtedy była w tym śnie z nią. A teraz… Była tutaj Geraldine Yaxley. I… Wcześniej… Eric Longbottom?
Coś musiało się stać, gdy jej kolana dotknęły pokładu, kiedy upadała. Czy to możliwe, że wpadli w jakąś pułapkę? Tak jak reszta nieszczęśników, których widzieli, gdy dostali się na statek widmo?
– Pamiętam… Jak upadłam – zwróciła się do Geraldine. – Pamiętam pokład, a na nim leżące ciała – dodała jeszcze. Yaxley miała rację. Muszą się obudzić. Bo i oni w końcu będą wyglądać na tak bardzo wycieńczonych… Może wystarczy… może wystarczy się uszczypnąć, jak w tym powiedzeniu? Przypomnieć nie tylko umysłowi, ale też ciału, że to sen, a nie jawa, gdy ból dojdzie do mózgu. I jak pomyślała, tak zrobiła. Po prostu uszczypnęła się w ramię, wcale sobie nie szczędząc, wbijając paznokcie w ciało.
Aktywność fizyczna:
Sukces!
Akcja nieudana