Z tym swoim myśleniem dotarł zapewne do właściwego miejsca. W końcu można było powiedzieć, że świat był mały, bo daleko stąd, w gorącej Afryce, spotkał kogoś, kogo połowa rodziny zajmowała się… powiedzmy że czymś bardzo zbliżonym do tego, co robił on. Laurent miał swój rezerwat, a tutaj była ostoja dla zwierząt; mnóstwo nieokiełznanej natury w postaci lasu, łąk, rzeki… głęboko w lesie było też jezioro. Był tutaj spokój. Ktoś powiedziałby, że leniwie płynie czas… Lecz niedaleka przyszłość miała pokazać, że wcale nie tak leniwie. Rzecz w tym, że przez zrządzenie losu Laurent zawędrował tutaj… i istniała duża szansa, że to właśnie tutaj mógł spotkać pokrewne dusze, myślące podobnie do niego o zwierzętach, magicznych stworzeniach.
Jasne, nie było się czego wstydzić. Bajerant i jego intencja zawisły gdzieś w powietrzu, nie wypowiedziane na głos. Może też dlatego Guinevere w odpowiedzi też tylko się uśmiechnęła – bo i ona nie uważała, że było się czego wstydzić. Tak jak on ją bajerował, ona go kokietowała, chociaż nie jakoś nachalnie. Nie zaprosiła go tutaj jednak, żeby się zabawić. Zwyczajnie po ludzku chciała odnowić kontakt, a co przyszłość przyniesie… Mogła sobie to odczytać w kartach. Ale tego nie zrobiła, chciała dać się zaskoczyć.
– I można dotknąć – z tą koroną to był jeszcze jeden cykliczny żart, który być może ominął Laurenta. Guinevere nosiła imię po legendarnej królowej, żonie króla Artura. Zaś swoje drugie imię, Nefret, jako wariację po królowej Nefertari. Niektórzy z ekipy archeologicznej nazywali ją przez to „Królową” – znając historię i język arabski. Nie wymagała jednak, by Laurent również to kojarzył, ot, taka tam ciekawostka. Guinevere uważała, że jej rodziców trochę poniosło z tymi imionami, ale było jak było i prawdę mówiąc nawet je lubiła. Jedno z nich nawet stało za jej zainteresowaniami i było powodem, dla którego zdecydowała się na przeprowadzkę do Anglii. Ale o tym mogli sobie dopiero porozmawiać, a tymczasem…
– Co ty opowiadasz. Wskaż mi drugiego faceta, który opowie mi o kwiatach i o bukiecie, który sam ułożył – no nie wskaże jej, albo zrobi to z trudem. Jak tu się nie cieszyć z takiego prezentu? Nieczęsto dostawała bukiety i to skomponowane własnoręcznie. Chyba łatwo można było zgadnąć, że Prewett zaplusował i to dość pokaźnie. I racja, trzeba było przy niej się pilnować i uważać, ale jej żarty i psoty nie miały na celu skrzywdzić drugą osobę. Można się było zdziwić, to jasne, ale uważała, że śmiech to zdrowie, trudno było się więc w jej towarzystwie nudzić. Lecz pomijając tę psotliwość – w zawodowych sprawach była całkowicie skrupulatna i poświęcała się temu w stu procentach. Niemalże dosłownie; kiedy coś ją zainteresowało, to potrafiła przepaść na kilka dni, a coś takiego jak cykl dnia i nocy zupełnie jej nie przeszkadzało. Wystarczyło zmienić sobie oczy na kocie, lepiej widziało się wtedy w ciemności i jakoś… Nie zauważało się upływającego czasu. I racja, łatwo było zapomnieć, że z ich dwójki to ona jest ta starsza. No była. Ale też bez przesady. Przekroczyła trzydziestkę, wyglądała jednak na kilka lat młodszą, a że widziała i doświadczyła więcej… Tak długo jak Laurentowi różnica wieku nie przeszkadzała, to było chyba wszystko w porządku. Bo i jej nie przeszkadzała.
Gwałtownie odepchnęła wiszące prześcieradło, kiedy dała susa za „pociskiem”, który weń wpadł. Sznurek, na którym wisiała część pościeli zakołysał się mocno, a Ginny stanęła nagle i odwróciła się, łapiąc coś… a dokładniej powietrze. Nie zdążyła.
– Szlag – mruknęła i rozejrzała się wokół, szukając śladu na trawie, takiego ruszającego się, zwiastującego, że uciekinier właśnie tam się porusza… I zrobiła duże oczy. – Laurent. Nie ruszaj się. Za tobą jest niuchacz – szepnęła, nie chcąc spłoszyć zwierzaka. Ale wtedy jej babcia wypadła z domu na okazałe kamienne schody, a malec, skoczył, zanurkował łapką do kieszeni Laurenta, najpewniej wyniuchał jakieś świecidełka i tam, po czym odbił się od mężczyzny i dał nura pod pranie.
I w tym momencie Ginny też skoczyła – prawie że centralnie na materiał. Tylko nigdy w niego nie wleciała. W locie zmieniła się i z gracją miękko wylądowała na trawie, by na czterech, smukłych, kocich łapach pobiec za niuchaczem.
– A niech to… Mały cholernik. Najmocniej pana przepraszam – pani McGonagall dotruchtała w końcu do miejsca rozwieszania prania i przelotnie spojrzała na Laurenta. Jeśli zauważyła bukiecik leżący na murku schodów, którymi właśnie zbiegła, to nic nie powiedziała. – Giiin! Złap tego małego złodzieja! – krzyknęła jeszcze i stęknęła, łapiąc się pod boki.