09.09.2023, 21:50 ✶
Och, czerwień zakryła mi obraz. Czerwień i czerń, która chciała ją zdominować. Nie mieściło mi się w głowie, że ktoś śmiał unieść rękę na mojego jedynego syna. Nie mieściło mi się w głowie, że chciał pozbawić mnie potomka, że jego śmierć stawała się coraz bardziej realna, a to już wcale nie było fajne, na miejscu ani w porządku.
Dłoń zaciśnięta w pięść domagała się ulżenia w bólu, ale nie byłem w stanie chociażby drgnąć, analizując w głowie wszelkie za i przeciw. Półnagie tacerki momentalnie z niej zniknęły i już nie miałem ochoty zabierać syna na nowy spektakl do teatru w Manchester. To już nie zdawało się być takim super pomysłem, takim lekkim czy chociażby na odreagowanie.
- Daj sobie spokój synu z tymi aurorami - odparłem, machając na to ręką. Ulżyło jej, bo dzięki temu przestałem ją tak martretować w marazmie. - Widziałeś ich agentów? Pełno zasmarkanych Longbottomów. Tak młodych, że nie jestem w stanie spamiętać ich imion - przyznałem niepocieszony, bo nie dość, żę Longbottomów nie dało się przekupić, to na dodatek mieli tak niewielkie zaplecze ze swoim doświadczeniem zawodowym, że aż bolało mnie w piersi na tę myśl. Gdybym chciał, miał motywację i potrzebę, inaczej bym to kazał rozplanować, te całe Biuro Aurorskie, ale było mi to na rękę, że się bawili w przedszkole. Takich konkret, aurorów z prawdziwego zdarzenia było niewielu. Niestety.
- Potrzebujemy kogoś innego. Kogoś, kto w cudzych snach czuje się jak u siebie w domu. Kogoś, kto wchodzi, wyłapuje wszyskie cenne informacje i znika... Handlarza rodem z ulicy Wiązów, a nie ziezimieszka z Nokturna albo, pożal się Merlinie, aurora! - odparłem, po czym westchnąłem. Musiałem dopytać Winstona, czy mamy kogoś takiego, czy kogoś znamy albo czy ktoś z naszych może znać. Modliłem się w duchu by tak było, bo kiedy pod uwagę brałem kogokolwiek z naszej kochanej władzy, to jakoś nie widziałem przyszłości dla rozwiązania tej paskudnej sprawy. Zarówno Ministra Magii, jak i Harper Moody, to istoty, które nie powinny dzierżyć jakiejkolwiek władzy. Nawet w zakresie prowadzenia domu i rodziny, dlatego... Sam nie wiedziałem, do kogo mogłem się zwrócić.
- Zaraz z tym podziałamy, ale muszę się zastanowić. Pisanie do Ministry Magii będzie stukaniem głową o ścianę. Nic nam to nie da - odparłem, po czym zagryzłem na moment dolną wargę. - Może Caspian Bones... - zasugerowałem sam sobie, rozważając szefa Brygady Uderzeniowej jako jedynego kompetentnego do tak ważnego zadania. Może list do niego coś zdziała.
- Cóż, chodźmy do środka i opowiedz mi, jak wyglądało spotkanie z nim, z tym mordercą. Ze szczegółami, niczego nie pomijaj - poprosiłem łagodnie, by zechciał się dzieciak otworzyć. Myślałem, że on się świetnie bawi we Francji, a on się ukrywał. Gdyby mi wcześniej o tym wspomniał, ja bym już dawno zrobił wszystko, co w mojej mocy, by go chronić. Dokładnie, właśnie to zamierzałem teraz zrobić. Objąłem syna ramieniem i skierowałem w kierunku domu. - Co się stało, że... że ostatecznie mu się... nie powiodło? - dodałem, bo może mogliśmy ponownie to wykorzystać w starciu z nim.
Dłoń zaciśnięta w pięść domagała się ulżenia w bólu, ale nie byłem w stanie chociażby drgnąć, analizując w głowie wszelkie za i przeciw. Półnagie tacerki momentalnie z niej zniknęły i już nie miałem ochoty zabierać syna na nowy spektakl do teatru w Manchester. To już nie zdawało się być takim super pomysłem, takim lekkim czy chociażby na odreagowanie.
- Daj sobie spokój synu z tymi aurorami - odparłem, machając na to ręką. Ulżyło jej, bo dzięki temu przestałem ją tak martretować w marazmie. - Widziałeś ich agentów? Pełno zasmarkanych Longbottomów. Tak młodych, że nie jestem w stanie spamiętać ich imion - przyznałem niepocieszony, bo nie dość, żę Longbottomów nie dało się przekupić, to na dodatek mieli tak niewielkie zaplecze ze swoim doświadczeniem zawodowym, że aż bolało mnie w piersi na tę myśl. Gdybym chciał, miał motywację i potrzebę, inaczej bym to kazał rozplanować, te całe Biuro Aurorskie, ale było mi to na rękę, że się bawili w przedszkole. Takich konkret, aurorów z prawdziwego zdarzenia było niewielu. Niestety.
- Potrzebujemy kogoś innego. Kogoś, kto w cudzych snach czuje się jak u siebie w domu. Kogoś, kto wchodzi, wyłapuje wszyskie cenne informacje i znika... Handlarza rodem z ulicy Wiązów, a nie ziezimieszka z Nokturna albo, pożal się Merlinie, aurora! - odparłem, po czym westchnąłem. Musiałem dopytać Winstona, czy mamy kogoś takiego, czy kogoś znamy albo czy ktoś z naszych może znać. Modliłem się w duchu by tak było, bo kiedy pod uwagę brałem kogokolwiek z naszej kochanej władzy, to jakoś nie widziałem przyszłości dla rozwiązania tej paskudnej sprawy. Zarówno Ministra Magii, jak i Harper Moody, to istoty, które nie powinny dzierżyć jakiejkolwiek władzy. Nawet w zakresie prowadzenia domu i rodziny, dlatego... Sam nie wiedziałem, do kogo mogłem się zwrócić.
- Zaraz z tym podziałamy, ale muszę się zastanowić. Pisanie do Ministry Magii będzie stukaniem głową o ścianę. Nic nam to nie da - odparłem, po czym zagryzłem na moment dolną wargę. - Może Caspian Bones... - zasugerowałem sam sobie, rozważając szefa Brygady Uderzeniowej jako jedynego kompetentnego do tak ważnego zadania. Może list do niego coś zdziała.
- Cóż, chodźmy do środka i opowiedz mi, jak wyglądało spotkanie z nim, z tym mordercą. Ze szczegółami, niczego nie pomijaj - poprosiłem łagodnie, by zechciał się dzieciak otworzyć. Myślałem, że on się świetnie bawi we Francji, a on się ukrywał. Gdyby mi wcześniej o tym wspomniał, ja bym już dawno zrobił wszystko, co w mojej mocy, by go chronić. Dokładnie, właśnie to zamierzałem teraz zrobić. Objąłem syna ramieniem i skierowałem w kierunku domu. - Co się stało, że... że ostatecznie mu się... nie powiodło? - dodałem, bo może mogliśmy ponownie to wykorzystać w starciu z nim.