Każdy potrzebował kontaktu z innymi ludźmi, porozmawiać, pośmiać się – tu nie chodziło wcale o fizyczność, a przynajmniej nie pannie McGonagall. Nie patrzyła na swoje znajomości tak jednotorowo i małostkowo, ludzie nie byli tylko kupą kości i mięsa stworzoną, by dać drugiemu człowiekowi przyjemność. Byli żywymi, czującymi osobami, każdy miał swoje emocje, uczucia… I to na nich się skupiała, a nie na tym, by poderwać, wykorzystać i wystawić za drzwi. Guinevere była na to zbyt empatyczna. I zbyt mocno obchodzili ją ludzie, by traktować ich jak zabawki. Nie byli nimi. A obchodzenie się z nimi w ten sposób, mogło ich bardzo skrzywdzić – nie chciała tego absolutnie. Tak czy siak – o tym jak sobie radziła i czy się zaaklimatyzowała, co u niej słychać, Laurent miał się przekonać, bo właśnie tym chciała się podzielić. Przedstawiać jej nikomu nie musiał, bo co by powiedział? „Aaa znam taką jedną… wróżbitkę” – już robi się obraz wariatki, którą przecież nie była. Była poważną archeolog i poważnym medykiem. Miała ukończone kursy, miała dyplomy i tak dalej…
Akurat Gin bardzo precyzyjnie wskazała miejsce niuchacza: że stał za nim. Stał na trawie, a potem skoczył i zabrał coś z tej kieszonki Laurenta… Ale nie było to już w tym momencie istotne, bo niuchacz uciekał przed kotem. Pięknym kotem swoją drogą, który w swym umaszczeniu miał coś z koloru włosów Giuinevere – na samej linii grzbietu. Kocie wibrysy stały nastroszone, wyciągnięte do przodu, kiedy skoczyła za niuchaczem, a ten zrobił salto w powietrzu i zaczął się wdrapywać na pranie, które spadało… i go przykryło. Guinevere parsknęła – było to przedziwne, bo koty takich dźwięków z siebie przecież nie wydawały, a ona pod tą kocią formą, brzmiała całkowicie ludzko. Usiadła teraz dupą na prześcieradle, pod którym ruszał się niuchacz i zerkała na niego ubawiona, od czasu do czasu tylko pacając łapkami po materiale, ale nie tak, by zrobić zwierzakowi krzywdę. To nigdy nie o to chodziło i Ginevra nie miała mu wcale za złe, że poddał się swojej naturze, skądże. Chciała tylko łobuza złapać, odzyskać co ukradł i go wypuścić, może dając mu w zamian coś mniej cennego…
Widziała, ze Laurent chyba też się dobrze bawi. I że ściągał błyskotki ze swoich palców, kucnął… Sama zaraz straciła zainteresowanie, bo wgapiała się w niuchacza pod prześcieradłem. Od razu wyczuł trop, kot nawet odsunął się odrobinkę, robiąc niuchaczowi miejsce i ten jaaak nie wyskoczył spod prześcieradła… Ginny tylko na to czekała! Odbiła się na tylnych łapach i skoczyła. Dotknęła przednimi, wyciągniętymi łapami zwierzątko i w tym momencie zaczęła się przemieniać z powrotem, przytulając malca do swojej piersi, by już jej nie uciekł.
– Mam cię, łobuzie mały – powiedziała z tryumfem w głosie i uśmiechnęła się do wszystkich i do nikogo jednocześnie.
– Och na brodę Merlina… – stęknęła pani McGonagall i podbiegła te kilka kroków, zupełnie ignorując zrzucone na trawę pranie. – Brylancik znowu mi zabrał pierścionki po babci. Gdzie ich nie schowam, to zawsze je znajdzie – Laurent mógł więc łatwo wywnioskować, że nie był to pierwszy raz. Nie był nawet drugi! A do tego niuchacz miał imię, całkiem pieszczotliwe. Guinevere podniosła tułów, by usiąść na trawie, i trzymając nadal zwierzątko, odwróciła go do góry nogami i połaskotała po brzuszku.
– Noo, oddawaj, złodziejaszku mały. Zachciało ci się pierścionków praprababci, coo? Taki jesteś łakomy? Bo się świecą? Bo kamyczki ładne, tak? – mówiła, miziając niuchacza po kieszonce, w której chował wszystko co złupił. Zwierzak wyprostował łapki, a wszystko co upchał do tego swojego brzuszka, zaczęło się wysypywać wprost na spódnicę Ginny. A było tego niemało. Babcia tylko złapała się za policzki i kręciła głową, pewnie nawet nie zdawała sobie sprawy z połowy rzeczy, które łobuz złapał po drodze, nie tylko te cenne pierścionki, które musiały mieć już… No… Będzie, że co najmniej 100 lat jak nie więcej.