Znała się na rozpraszaniu magii, ale nie na łamaniu klątw, nie komentowała więc tego, w jaki sposób miały być ułożone świece, kiedy która powinna być zapalona, czy było równo, czy nie. Jej wewnętrzne feng-shui nie zostało zaburzone, bo świeczki były równiutko ustawione, a sama odetchnęła – była trochę zdenerwowana całym procesem. Głównie to miała nadzieję, że sprawa się nie pogorszy… Bo to byłaby prawdziwa tragedia. Może gdyby ich relacja to był prawdziwy związek, taki chciany przez obie strony, gdyby to nie było wszystko wymuszone… Może wtedy wcale nie szukaliby sposobu jak się tego pozbyć. Ale stało się. Dzień zaręczyn został dopełniony rytuałem, dla zabawy, dla chwili przyjemności i spędzenia czasu razem – nie było w tym żadnych podtekstów. Victoria do teraz pamiętała kwiaty, których użyła do wianka i ich symbolikę – czyste intencje, ufność… Nie miała złych zamiarów, kiedy wyciągała cięte kwiaty i splatała je w piękny wianek. Nikomu innemu zresztą by go nie zaplotła, nie wypadałoby, zwłaszcza w dniu zaręczyn.
Dym szybko zapełnił pomieszczenie, a Victoria odetchnęła głęboko, zgodnie z poleceniem go wdychając. Teraz to, co było poza kręgiem nie miało znaczenia, było tylko zamazanym mirażem. Jedyne, co widziała jasno i czysto, to Sauriel. Miała wrażenie, że leciutko kręci jej się w głowie, jakby wypiła dwa, trzy piwa, i jeszcze wszystko było dobrze, ale już tak nie do końca. Chciała wyciągnąć do niego ręce. Chciała spleść z nim palce. Uśmiechała się. Co właściwie najlepszego robiła? Przecież tak jak było, było dobrze. Miała wrażenie, że znowu słyszy bębny muzyki sabatu. Że widzi i słyszy trzask płonącego ogniska. Śpiewy, tańce – jaka była wtedy szczęśliwa, przez chwilę. Albo wtedy, gdy Sauriel… Widziała to teraz – jak wchodził na pal z jej pięknym wiankiem. Albo tylko jej się wydawało, że to widzi… To było… tylko wspomnienie. Uśmiechnęła się. To była piękna chwila. Piękny wieczór. Piękne wspomnienie, o którym przypominał pierścionek na serdecznym palcu – od tamtej pory nie ściągany.
Ogień przestał się palić, ale Victoria tego nie zauważyła. Tak jak tego, że obraz poza kręgiem przestał być taki zamazany, a dym po prostu szczypał w oczy i kręcił w nosie. Odetchnęła głębiej, wypuszczając powietrze przez usta, a potem powoli uniosła rękę, żeby przetrzeć sobie oko. Te dziwne sensacje zniknęły… I chyba… Świece już się nie paliły. Wypaliły się… Tak szybko? Ile czasu minęło? Victoria zamrugała zdezorientowana.