Nie znali się dobrze, mało co o sobie wiedzieli – bo ile się można dowiedzieć w tak krótkim czasie… Zależy też co się robi, ale Guinevere skupiła się wtedy w lwiej części na tym, by pokazać Laurentowi Egipt, by pomóc mu się tam odnaleźć, zasmakować orientalnych rzeczy i dopilnować, by mu się nie stała krzywda. Jasne, rozmawiali, w innym wypadku nie polubiłaby go na tyle, by słać sowę po przeprowadzce do Anglii. Ale to nie była ta znajomość, w której wiesz na co stać druga osobę, nie. Tak naprawdę… To była znajomość niemalże świeża, z czystą kartą. Z tą różnicą, że nie musieli się sobie przedstawiać i nie było tego niezręcznego milczenia. Nie musiało go być, bo podstawowe informacje o sobie mieli, tak samo jak punkty zaczepienia do rozmowy. Mieli tak naprawdę różne kierunki, w których ta znajomość od tego punktu mogła się rozwinąć, bo nie była niczym blokowana, ani przysłonięta, żadna z dróg nie była zamknięta. A Guinevere nie była osobą ciężką; nie miała też problemu by znaleźć temat do rozmowy, poprowadzić jakoś dyskusję, opowiedzieć o czymś… Zrobić jakiś lekki psikus dla rozładowania napięcia. Była dość interesującą osobą, choć rzecz jasna to kwestia gustu. Na pewno miała w sobie coś, czym mogła fascynować.
Jeśli ktoś udomowił niuchacza i wychodził z nim na salony, jako z wiernym pupilkiem, to sam prosił się o kłopoty, to było oczywiste. W ogóle trzymanie takiego w domu prosiło się o kłopoty, dokładnie tak, jak myślał o tym Laurent. I Guinevere o tym wiedziała. I wszyscy domownicy tejże rezydencji na pewno również. Odgłosy, jakie dobiegały z otwartego okna, krzyk i te brzdęki, przesypywanie się czegoś – teraz wydawało się być oczywistym co to było i dlaczego. Czy Brylancik był udomowionym zwierzakiem mieszkającym z McGoinagallami? Nadanie zwierzakowi imienia sugerowało, że owszem. Ale sugestia nie zawsze była prawdą, często była tylko jakimś zakrzywieniem rzeczywistości.
– Och, wiem, wiem – starsza kobieta westchnęła. Jak na swój wiek trzymała się naprawdę nieźle, ale z drugiej strony czarodzieje byli raczej długowieczni, to i nie powinno dziwić, że kobieta w jej wieku nadal miała werwę. Ostatecznie Minerva McGonagall, profesor transmutacji z Hogwartu, była w bardzo podobnym jej wieku i również była bardzo gibka – lecz tu akurat nie można było mówić o wspólnych genach. Babcia Guinevere była żoną brata Minervy. Wżeniła się w ten ród. – I tak próbuję – a Brylancik próbował też. Zakradał się i jak zwietrzył trop… Kto wie, może nawet traktował to jako zabawę. Tylko czekał aż babcia schowa swoje skarby a potem szukał! – Kochanieńki, mamy tu nieopodal całe stadko, siedzą w norkach. Ale Brylancik przychodzi do nas regularnie – wyjaśniła mu czarownica i uśmiechnęła się ciepło do Laurenta. - Wkrada się przez okno, albo drzwiami jak nikt nie zauważy, a potem buszuje po domu – błyskotki przestały się wysypywać na spódnice Ginevry, więc ta odwróciła zwierzaka z powrotem i przytuliła go do siebie jak misia.
- No już, nic się nie stało przecież – powiedziała z czułością do niuchacza, a pani McGonagall westchnęła i różdżką pozbierała wszystkie kosztowności. No, prawie wszystkie. Bo kilka błyskotek zostawiła, zdaje się że celowo.
- Brylancik chyba po prostu nas lubi – dodała babcia i ponownie spojrzała na Laurenta. - Jeszcze raz najmocniej przepraszam. Halsey McGonagall – wyciągnęła do Laurenta pomarszczoną dłoń, by go już teraz odpowiednio przywitać. - Proszę się rozgościć, nie będę wam przeszkadzać – i z tymi słowami teleportowała się, a razem z nią wszystkie błyskotki (prawie wszystkie), które skradł niuchacz.
- Teraz już koniecznie musimy iść na spacer – stwierdziła Ginny, podnosząc się powoli z trawy. Zręcznie ręką zgarnęła kilka świecidełek, które babcia zostawiła dla Brylancika, a i samego niuchacza nadal trzymała, żeby jej nie zwiał. - Dasz mi chwilę? Odniosę kwiaty i dokończę z tym praniem…