Nie wstała od razu, po prostu siedziała na podłodze, w kręgu, patrząc na Sauriela. Zastanawiała się nad tym samym co on: czy cokolwiek się zmieniło? Czy wszystko, co robili, zadziałało? Czy pomogło? Czy wystarczyło? Mogło się wydawać, że to przecież takie proste… ale proste wcale nie było, bo wymagało mnóstwa zachodu. Znalezienia kogoś, kto miał w ogóle pomysł co z tym fantem zrobić, jak się do tego zabrać. Później odnalezienia kogoś, kto mógł na zamówienie wykonać specjalne świeczki, których skład był równie niepewny i eksperymentalny jak całe przedsięwzięcie. Następnie ten rytuał… Czy raczej rytualne klątwołamanie, odczynianie tego, co rzucił… kto właściwie? Maclmillanowie? Chyba nie. Bogini? A może oni sami, nie wiedząc w ogóle, jaką magią się posługują…
Florence mówiła, że klątwołamanie przebiegło poprawnie, że magia została rozproszona – pewnie ktoś wprawiony jak ona potrafił to rozpoznać. Ale właśnie: nikt tutaj nie był wcale niczego pewien. I Victoria też nie była. Dlatego spoglądała na Sauriela… I wcale nie czuła już tego dziwnego ciągnięcia. Tego, że koniecznie MUSI go dotknąć, przytulić, a nawet i więcej. Chciała to zrobić, ale to było innego rodzaju chcenie, nieokraszone wcale przymusem, z którym trzeba było walczyć, żeby nie zrobić niczego głupiego, co prowadziłoby tylko do niepotrzebnego bólu. Czuła pewną… pustkę, tak. Co prawda już dawno nie czuła się przy Saurielu tak euforycznie jak na samym początku, że wręcz usychała, kiedy go nie było obok, ale ewidentnie czegoś było brak… A z drugiej strony nie brakowało wcale niczego. Bo wszystko było… No cóż. Niewiele się zmieniło.
– Jest inaczej – Przyznała Victoria znacznie bardziej powściągliwie niż Sauriel, który właśnie tutaj niemal z okrzykami radości wystartował. – Jest… Hm… Nie ma tego dziwnego przymusu – próbowała sprecyzować i nazwać te uczucia najlepiej jak potrafiła. Ale prawda była taka, że pewnie dopiero się przekonają – rzeczywiście tak jak mówiła Florence, gdy któreś z nich znajdzie się w niebezpieczeństwie… Czyli pewnie niedługo, biorąc pod uwagę tryb życia Sauriela, to że głupie słońce mogło mu zrobić krzywdę, a także pracę Victorii.
Zawahała się przez chwilę przed podaniem ręki Florence – nie dlatego, że nie chciała, po prostu odkąd jej skóra była taka zimna, to wystrzegała się kontaktu z innymi ludźmi dla ich własnego komfortu, i by nie słyszeć później, że jest zimna jak trup. Wiedziała o tym. Jedynie Saurielowi to nie przeszkadzało. Ale to zawahanie choć widoczne, było tylko chwilowe i już za chwilę podała Bulstrode swoją rękę.
– Oczywiście, będziemy obserwować. I damy znać, gdyby się coś działo… Jeśli wszystko będzie dobrze to też damy znać, żeby nie było wątpliwości, że sprawa jest czysta, a metoda skuteczna – zgodziła się z Saurielem, że owszem, będą dawali znać, tylko trochę zdziwiona, że zwrócił się do niej „Viki”. Fakt, rzadko tak do niej mówił, jeszcze rzadziej pełne imię. Zazwyczaj zwracał się do niej bezosobowo.
Sama też wstała, również otrzepując tyłek z niewidzialnego kurzu. Dzisiaj była w spodniach, dla własnej wygody.
– Nie zdziwiłabym się. Podobno kiedy rytuał nie do końca wyszedł, to ludzie zaczęli odczuwać okropne przygnębienie, jakby już nic dobrego nie miało ich spotkać. Więc dobrze, że nie spadłeś z tego pala – tyle zasłyszała w Ministerstwie, kiedy już sytuacja zrobiła się właściwie publiczna, po tym artykule. – Zresztą, jeśli ktoś czuł zazdrość tak wielką… też mogło dojść do tragedii, tylko w drugą stronę. Mam nadzieję, że to naprawdę będzie trwałe i będzie można pomóc ludziom – spojrzała na Florence i uśmiechnęła się do niej lekko. – Tak, ja też dziękuję. Ta druga para świec nam się już chyba nie przyda… Zostawimy je, co? Sauriel? – zwróciła się do mężczyzny, kiedy podnosiła swoją torebkę, by zarzucić ją sobie na ramię. O ile się orientowała, składniki w świecach były dobierane specjalnie pod dany „zabieg”, nie były uniwersalne, więc poza tym klątwołamaniem były dla nich zupełnie bezużyteczne.
I tu ją zaskoczył. Nie była zupełnie przygotowana na to, że Sauriel podejdzie do niej przy Florence (ba, że w ogóle do niej podejdzie, nawet bez świadka), złapie ją za dłoń, przytuli, przygarniając do siebie, przejedzie dłonią po jej ciemnych, prawie czarnych włosach. Na moment zamarła, nim odrobinę rozluźniła mięśnie by pozwolić sobie na krótkie odwzajemnienie gestu – bez głaskania po głowie. Odetchnęła. A potem odchyliła się i zamrugała, zupełnie zbita z tropu. Randka. Chodź idziemy na randkę. Na randkę?
To nie tak, że nie chciała. Bo oczywiście, że chciała. Po prostu… Nie spodziewała się, że Sauriel… Przecież ta więź, ten rytuał, sabat… Tak bardzo mu to przeszkadzało, że… Victoria nie miała zielonego pojęcia co się właśnie dzieje. I dlaczego akurat tutaj. Przy… Przy lekarzu!
I chyba dlatego odpowiedziała całkiem nieinteligentnie:
– Eee… Nie byłam? W zagrodzie z gęsiami? O Merlinie… Czemu akurat gęsi?