10.09.2023, 17:32 ✶
Zacznijmy od tego, że Daisy nigdy nie była typem sportowca. W ogóle nie była typem dziewczyny, która rano je owsiankę i ćwiczy jogę a wieczorem idzie pobiegać, żeby się odstresować. Daisy była tym kompletnie odwrotnym typem. Rano piła kawę i najchętniej pochłaniała pączka, do pracy się aportowała a po pracy znowu się aportowała do domu by wieczorem, po prostu poleżeć na bujanym fotelu z romansem w ręku (i jeszcze, jak już była jesień to pod kocykiem i z gorącym kakao).
W idealnym życiu Daisy w ogóle nie musiałaby używać swoich nóg bardziej niż na krótki spacer. A teraz musiała biec za tym skończonym durniem. I chociaż jej ciało wołało: zatrzymaj się, daruj mu swoją sakiewkę, to nie ma sensu, płuca cię palą a serce zaraz opuści trzewia, to wiedziała, po prostu wiedziała, że się nie zatrzyma. Nie zatrzyma i nie pozwoli skurwysynowi wygrać.
Bo jeśli było coś, czego Daisy miała w nadmiarze (poza całym morzem fantazji) to był to ośli upór. A ten nie pozwalał się jej w tym momencie poddać. Prędzej gotowa była upaść i zemdleć ze zmęczenia (chociaż akurat naiwnie wierzyła, że ma lepszą kondycję od Edgara, choć tak naprawdę na poziom kondycji to mogła pewnie rywalizować najwyżej z pięćdziesięcioletnim palaczem) niż pozwolić, by kieszonkowiec ukradł jej sakiewkę.
Gwoli ścisłości: miała w niej akurat dwa sykle. To nie był jakiś szczególny majątek, ale w życiu Daisy liczyły się ZASADY. No i to, że akurat tę sakiewkę dostała od mamy na święta i miała wyhaftowane stokrotki i śliczną literkę D na przodzie.
A ten skunks na pewno by tego nie docenił.
- Do… do… dopadnę cię! – krzyknęła za Edgarem, ale sama zaczynała czuć, że o ile ktoś się nie zlituje i po prostu nie podstawi gnojowi nogi, to większe szanse miała na rozległy zawał a nie na złapanie dupka.
I wtedy wyprzedził ją wilk.
Daisy nie interesowała się przesadnie światem zewnętrznym, ale potrafiła rozróżnić wyrośniętego psa od wilka. To było trochę związane z tym, że swego czasu interesowała się warzeniem eliksirów, tak na wszelki wypadek, gdyby jej się kiedyś w życiu przydała amortencja. Nie była pewna, czy serce podeszło jej do gardła ze strachu, przez zbliżający się zawał czy z euforii, bo wilk najwidoczniej też nie lubił Edgara.
- Dobrze! Zagryź go! – krzyknęła, przystając w momencie, gdy chłopak padał przygnieciony na ziemię. Oddychała ciężko, była spocona i miała kolkę, ale po jej duszy rozlewało się przyjemne odczucie, że istniała jednak sprawiedliwość na tym świecie.
Trzymając się ręką w pasie ruszyła w stronę leżącego na ziemi Edgara. Nie obchodziło ją, że zaczął się szarpać i jęczeć jak jęczybuła. W oczach młodej dziennikarki zasłużył właśnie na wszystko, co go teraz spotykało. Ale ruszyła dość ostrożnie. Wilk był po jej stronie, jak sprawiedliwość, ale jakby jednak zmienił zdanie i zechciał ją również zjeść to Daisy wolałaby jednak choć trochę mu to utrudnić.
- TY durniu! – syknęła w stronę leżącego na ziemi chłopaka. – I ty się dziwisz, że nie masz żadnych znajomych? Że nikt cię nie lubi? Już w Hogwarcie byłeś skończonym, zarozumiałym dupkiem, a teraz jeszcze jesteś najdurniejszym złodziejem na świecie! Jeśli mojej sakiewce stała się malutka krzywda to obiecuję, że cię kopnę. W kroczę cię kopnę! Pięć razy!
W idealnym życiu Daisy w ogóle nie musiałaby używać swoich nóg bardziej niż na krótki spacer. A teraz musiała biec za tym skończonym durniem. I chociaż jej ciało wołało: zatrzymaj się, daruj mu swoją sakiewkę, to nie ma sensu, płuca cię palą a serce zaraz opuści trzewia, to wiedziała, po prostu wiedziała, że się nie zatrzyma. Nie zatrzyma i nie pozwoli skurwysynowi wygrać.
Bo jeśli było coś, czego Daisy miała w nadmiarze (poza całym morzem fantazji) to był to ośli upór. A ten nie pozwalał się jej w tym momencie poddać. Prędzej gotowa była upaść i zemdleć ze zmęczenia (chociaż akurat naiwnie wierzyła, że ma lepszą kondycję od Edgara, choć tak naprawdę na poziom kondycji to mogła pewnie rywalizować najwyżej z pięćdziesięcioletnim palaczem) niż pozwolić, by kieszonkowiec ukradł jej sakiewkę.
Gwoli ścisłości: miała w niej akurat dwa sykle. To nie był jakiś szczególny majątek, ale w życiu Daisy liczyły się ZASADY. No i to, że akurat tę sakiewkę dostała od mamy na święta i miała wyhaftowane stokrotki i śliczną literkę D na przodzie.
A ten skunks na pewno by tego nie docenił.
- Do… do… dopadnę cię! – krzyknęła za Edgarem, ale sama zaczynała czuć, że o ile ktoś się nie zlituje i po prostu nie podstawi gnojowi nogi, to większe szanse miała na rozległy zawał a nie na złapanie dupka.
I wtedy wyprzedził ją wilk.
Daisy nie interesowała się przesadnie światem zewnętrznym, ale potrafiła rozróżnić wyrośniętego psa od wilka. To było trochę związane z tym, że swego czasu interesowała się warzeniem eliksirów, tak na wszelki wypadek, gdyby jej się kiedyś w życiu przydała amortencja. Nie była pewna, czy serce podeszło jej do gardła ze strachu, przez zbliżający się zawał czy z euforii, bo wilk najwidoczniej też nie lubił Edgara.
- Dobrze! Zagryź go! – krzyknęła, przystając w momencie, gdy chłopak padał przygnieciony na ziemię. Oddychała ciężko, była spocona i miała kolkę, ale po jej duszy rozlewało się przyjemne odczucie, że istniała jednak sprawiedliwość na tym świecie.
Trzymając się ręką w pasie ruszyła w stronę leżącego na ziemi Edgara. Nie obchodziło ją, że zaczął się szarpać i jęczeć jak jęczybuła. W oczach młodej dziennikarki zasłużył właśnie na wszystko, co go teraz spotykało. Ale ruszyła dość ostrożnie. Wilk był po jej stronie, jak sprawiedliwość, ale jakby jednak zmienił zdanie i zechciał ją również zjeść to Daisy wolałaby jednak choć trochę mu to utrudnić.
- TY durniu! – syknęła w stronę leżącego na ziemi chłopaka. – I ty się dziwisz, że nie masz żadnych znajomych? Że nikt cię nie lubi? Już w Hogwarcie byłeś skończonym, zarozumiałym dupkiem, a teraz jeszcze jesteś najdurniejszym złodziejem na świecie! Jeśli mojej sakiewce stała się malutka krzywda to obiecuję, że cię kopnę. W kroczę cię kopnę! Pięć razy!