10.09.2023, 19:22 ✶
Daisy patrzyła na Edgara jak kot na zagnaną w kąt mysz. Czy zachowywała się dziecinnie i mogła sobie darować wypominanie mu, że nie był ani lubiany, ani popularny w szkole? No pewnie, że mogła. A on mógł nie kraść jej sakiewki. I mógł jeszcze nie pyskować do niej, kiedy Psuja przydusiła go do ziemi. Pewnych rzeczy po prostu można było nie robić, ale się robiło i potem należało ponosić konsekwencje swojej głupoty.
Młoda dziennikarka też musiała ponosić konsekwencje swoich zachowań. Bo jak bardzo by sobie nie wyobrażała, że jest uwielbiana, popularna, znana, boagata i uratowała właśnie księcia Martina, to czasami dopadało ją życie. A jak już ją dopadło, to musiała się z nim potem mierzyć i mierzyć, i czasami nie wychodziła z tego starcia zwycięsko.
Teraz też trochę minęła jej cała triumfalna para. Zamrugała powiekami szybko a potem posłała Psui bardzo głupie spojrzenie.
- Ale jak to Azkaban? – zapytała dość głośno i dość piskliwie. Nagle jakby uderzyły w nią wcześniejsze słowa brygadzistki i dotarło do niej, że ta mogła nie żartować. Azkaban wydawał się jej jednak dość ponurą opcją za kradzież dwóch sykli. No i naprawdę, tylko Edgar mógł mieć takiego pecha, żeby trafić do Azkabanu za coś tak błahego. Czy tam nie powinni trafiać jacyś poważniejsi przestępcy niż złodziej nieudacznik? Daisy nie wiedziała, ale perspektywa by tam siedział za jej dwa sykle, jakoś jej nie pocieszała. – A nie mogę jednak kopnąć go w krocze i uznamy, że z mojej strony sprawa załatwiona? – zaryzykowała, dobrze wiedząc, że Psuja na pewno nie zgodzi się na bicie podejrzanego. Nawet jeśli ten naprawdę zasłużył na kopa w dupsko.
Ale dwa sykle naprawdę nie były warte tego, żeby Edgar stawał przez nie oko w oko z dementorami. Nawet sakiewka, chociaż podarowana przez mamę Daisy i tak ładnie wyhaftowana, nie była tego warta.
- Nadal cię nie znoszę, wiesz? – rzuciła, patrząc twardo na kieszonkowca. Ale w jej głosie pojawiły się jakieś miększe, łagodniejsze nuty. I Brenna Longbottom pewnie już wiedziała do czego zmierzała stojąca naprzeciwko niej młoda kobieta. – Co za pech, że właśnie sobie przypomniałam, że pożyczyłam ci tę sakiewkę. O ja głupia, jak mogło mi to wylecieć z głowy? No to tego, i tak zależało ci tylko na pieniądzach, więc możesz sobie wziąć te dwa sykle. Oddasz mi je kiedyś tam. Przepraszam za zamieszanie – rzuciła do Psui, a potem odwróciła się i pośpiesznie ruszyła w stronę Nokturna.
Już raz zapłaciła szwendanie się tam sporą cenę. Teraz jednak, oczywiście, o tym nie myślała. Jak Daisy denerwowała się łatwo i łatwo wybuchała, tak naprawdę wcale nie chciała, żeby Edgar trafił do Azkabanu. To znaczy inaczej, na pewno chciała żeby tam trafił, ale no na godzinę może? A właściwie to naprawdę sądziła, że ze trzy plaskacze załatwiłyby sprawę. Przynajmniej, jeśli o nią chodziło.
Tak więc przyśpieszyła, by za moment zniknąć w jednym z zaułków Nokturna, a potem przejść między budynkami, równolegle do Brenny i Edgara, ale nie tak, żeby Psuja mogła ją zobaczyć. Tak, też szła do punktu aportacyjnego. A potem miała nadzieję, że zakopie się na fotelu, w swoim pokoju i czytając książkę, kompletnie zapomni o sprawie Edgara. Chociaż może powinna sprawdzić, czy naprawdę nie skończył w Azkabanie?
Młoda dziennikarka też musiała ponosić konsekwencje swoich zachowań. Bo jak bardzo by sobie nie wyobrażała, że jest uwielbiana, popularna, znana, boagata i uratowała właśnie księcia Martina, to czasami dopadało ją życie. A jak już ją dopadło, to musiała się z nim potem mierzyć i mierzyć, i czasami nie wychodziła z tego starcia zwycięsko.
Teraz też trochę minęła jej cała triumfalna para. Zamrugała powiekami szybko a potem posłała Psui bardzo głupie spojrzenie.
- Ale jak to Azkaban? – zapytała dość głośno i dość piskliwie. Nagle jakby uderzyły w nią wcześniejsze słowa brygadzistki i dotarło do niej, że ta mogła nie żartować. Azkaban wydawał się jej jednak dość ponurą opcją za kradzież dwóch sykli. No i naprawdę, tylko Edgar mógł mieć takiego pecha, żeby trafić do Azkabanu za coś tak błahego. Czy tam nie powinni trafiać jacyś poważniejsi przestępcy niż złodziej nieudacznik? Daisy nie wiedziała, ale perspektywa by tam siedział za jej dwa sykle, jakoś jej nie pocieszała. – A nie mogę jednak kopnąć go w krocze i uznamy, że z mojej strony sprawa załatwiona? – zaryzykowała, dobrze wiedząc, że Psuja na pewno nie zgodzi się na bicie podejrzanego. Nawet jeśli ten naprawdę zasłużył na kopa w dupsko.
Ale dwa sykle naprawdę nie były warte tego, żeby Edgar stawał przez nie oko w oko z dementorami. Nawet sakiewka, chociaż podarowana przez mamę Daisy i tak ładnie wyhaftowana, nie była tego warta.
- Nadal cię nie znoszę, wiesz? – rzuciła, patrząc twardo na kieszonkowca. Ale w jej głosie pojawiły się jakieś miększe, łagodniejsze nuty. I Brenna Longbottom pewnie już wiedziała do czego zmierzała stojąca naprzeciwko niej młoda kobieta. – Co za pech, że właśnie sobie przypomniałam, że pożyczyłam ci tę sakiewkę. O ja głupia, jak mogło mi to wylecieć z głowy? No to tego, i tak zależało ci tylko na pieniądzach, więc możesz sobie wziąć te dwa sykle. Oddasz mi je kiedyś tam. Przepraszam za zamieszanie – rzuciła do Psui, a potem odwróciła się i pośpiesznie ruszyła w stronę Nokturna.
Już raz zapłaciła szwendanie się tam sporą cenę. Teraz jednak, oczywiście, o tym nie myślała. Jak Daisy denerwowała się łatwo i łatwo wybuchała, tak naprawdę wcale nie chciała, żeby Edgar trafił do Azkabanu. To znaczy inaczej, na pewno chciała żeby tam trafił, ale no na godzinę może? A właściwie to naprawdę sądziła, że ze trzy plaskacze załatwiłyby sprawę. Przynajmniej, jeśli o nią chodziło.
Tak więc przyśpieszyła, by za moment zniknąć w jednym z zaułków Nokturna, a potem przejść między budynkami, równolegle do Brenny i Edgara, ale nie tak, żeby Psuja mogła ją zobaczyć. Tak, też szła do punktu aportacyjnego. A potem miała nadzieję, że zakopie się na fotelu, w swoim pokoju i czytając książkę, kompletnie zapomni o sprawie Edgara. Chociaż może powinna sprawdzić, czy naprawdę nie skończył w Azkabanie?
Koniec sesji