10.09.2023, 20:47 ✶
Anthony potrzebował najwidoczniej kilka minut, aby odzyskać jakąkolwiek trzeźwość umysłu. Cała sytuacja wydawała mu się jakaś nadmuchana — trochę mydlana, przesadnie romantyczna i nieszczęśliwa. Może i Marianne kochała tego swojego kochanka, ale żeby od razu decydować się na podcięcie żył, bo wybrał inną? Czy nie było to jedną z reguł czasów, w których żyli, że to rodzice starali się wybierać partnera dla dziecka i kładli nacisk na wybór tego, kogo sobie upatrzyli? Była młodą dziewczyną, czarownicą i to nie brzydką, a do tego miała Anthonyego — pisarza, którego ciało sobie pożyczył — a może jego widmo? Pokręcone to wszystko. Nie mogło być kurwa tak źle. Zamrugał kilkakrotnie, wpatrując się w Laurenta.
- No wiesz stary, to dość istotna dla mnie kwestia. No i rozładuje atmosferę. - zauważył ze wzruszeniem ramion, mierzwiąc włosy. Nie bardzo wiedział, co robić. Przyglądał się chwile pozostałościom niedoszłej teściowej i brata, którzy byli teraz kałużą słonej, nieco śmierdzącej wody. Nie wiedział, gdzie jest Stasiek, Brenna i Atreus — miał nadzieję, że żyli.
- Przecież ja jestem kurwa spokojny, potrzebuję tylko Stanleya. W sensie wiedzieć, że nie został morską wodą. - oznajmił, wsuwając dłonie do kieszeni wilgotnych spodni, ale nie znalazł tam papierosów. Prychnął, bo po tych ekscesach i gimnastykach meblowych Prewetta, a także po myśli, że mógłby zostać piekarzem i żyć, jak mugol, musiał odreagować. - Choroba morska? Dziwna aura? Alergia na roztocza? Żartuje, spokojnie. Nie patrz tak na mnie. Nie masz fajki, nie?
Antek westchnął, przechadzając się po pokoju, myśląc, szukając rozwiązania. Nie był może poszukiwaczem przygód i aurorem, ale nie był też aż tak głupi. No dobra, trochę był, ale sytuacja była wyjątkowa, bo nie był tu sam. Statek żył w rytmie Marianne, to ona musiała być kluczem. Była czarownicą, musiała przekląć cały ten rejs, zanim się zabiła lub odprawić jakiś rytuał, rzucić zaklęcie. Emocje zawsze potęgowały magię, nadawały jej czasem innego znaczenia. Czyżby przeżywanie całego tego dnia od nowa, przez bliżej nieokreślony czas — miało być karą, pokutą? Liczyła na to, że za którymś razem, to ona została wybrana?
- Ty chcesz innej historii, ale nie jesteś, ba, nikt nie jest na tyle potężny, aby to zmienić. - szepnął pod nosem, siadając obok niej na łóżku. Tkwiła tak, jak śpiąca królewna, nieco zimna i gliniasta, ale na Merlina, trochę tam leżała. Przyglądał się jej, mrucząc coś pod nosem. Może żałowała tego, co zrobiła, bo nie mogła zaznać spokoju? Nikt z tego statku nie mógł. Spojrzał na Laurenta, ignorując jednak jego polecenia. - Miłość niczego nie przebacza, ale żeby od razu cały statek pociągnąć za sobą.. Jej oddech zwalnia, my zwalniamy.
Odetchnął, nie chcąc myśleć jednak o śmierci — tam chuj z nim, ale co ze Staszkiem, Brenną i tym głupim Artem, który był jednak jego przyjacielem i pomimo zazdrości, byli jak bracia? Musiał ich uratować, chciał ich uratować. Obejrzał się do tyłu w stronę drzwi, czy jego brat wrócił — byłby spokojniejszy, gdyby wiedział, że nic mu nie jest. Nachylił się nad Marianne, przesuwając dłonią po jej twarzy. Nie mógł zmienić napisanej historii, ale mógł spróbować zmienić to, jak ją postrzegała. O ile cokolwiek to da.
- Marianne? Panno Fawley? Słyszysz mnie? To ja, Anthony. Rozmawialiśmy dziś na statku, pięknie Panienka wyglądała. Obiecała Pani, że jeszcze porozmawiamy i będę mógł spojrzeć w Panienki piękne oczy. - zaczął mówić łagodnie i nieco nad nią nachylony, licząc na to, że uniesie powieki — więcej w sumie nie potrzebował, aby spróbować ją zahipnotyzować lub wpłynąć na to, jak postrzegała świat. Był przecież jednocześnie Anthonym Borginem i Anthonym Burksem.
Życie za Życie.
Słowa kałuży nie dawały mu spokoju, nie powiedziałaby tego ot tak. . Przesunął palcami po jej policzku, łapiąc ją też za rękę, licząc, że się wybudzi. A jeśli to nie podziałało... Cóż, Westchnął, sięgając w stronę stolika, gdzie tkwiła szklanka czy tam karafka, nie był pewien, a potem rozbił ją po podłogę, wybierając odpowiednio ostry kawałek szkła. Podwinął rękawy, bo zawsze trzeba być eleganckim i przesunął ostrzem po nadgarstku — nie tak, aby od razu się zabić i wykrwawić, ale nacięcie było na tyle głębokie, aby zaboleć. Skoro spali, może to ból był odpowiedzią, żeby się obudzić? - Zobaczmy jak Twój pomysł, Laurent.
- No wiesz stary, to dość istotna dla mnie kwestia. No i rozładuje atmosferę. - zauważył ze wzruszeniem ramion, mierzwiąc włosy. Nie bardzo wiedział, co robić. Przyglądał się chwile pozostałościom niedoszłej teściowej i brata, którzy byli teraz kałużą słonej, nieco śmierdzącej wody. Nie wiedział, gdzie jest Stasiek, Brenna i Atreus — miał nadzieję, że żyli.
- Przecież ja jestem kurwa spokojny, potrzebuję tylko Stanleya. W sensie wiedzieć, że nie został morską wodą. - oznajmił, wsuwając dłonie do kieszeni wilgotnych spodni, ale nie znalazł tam papierosów. Prychnął, bo po tych ekscesach i gimnastykach meblowych Prewetta, a także po myśli, że mógłby zostać piekarzem i żyć, jak mugol, musiał odreagować. - Choroba morska? Dziwna aura? Alergia na roztocza? Żartuje, spokojnie. Nie patrz tak na mnie. Nie masz fajki, nie?
Antek westchnął, przechadzając się po pokoju, myśląc, szukając rozwiązania. Nie był może poszukiwaczem przygód i aurorem, ale nie był też aż tak głupi. No dobra, trochę był, ale sytuacja była wyjątkowa, bo nie był tu sam. Statek żył w rytmie Marianne, to ona musiała być kluczem. Była czarownicą, musiała przekląć cały ten rejs, zanim się zabiła lub odprawić jakiś rytuał, rzucić zaklęcie. Emocje zawsze potęgowały magię, nadawały jej czasem innego znaczenia. Czyżby przeżywanie całego tego dnia od nowa, przez bliżej nieokreślony czas — miało być karą, pokutą? Liczyła na to, że za którymś razem, to ona została wybrana?
- Ty chcesz innej historii, ale nie jesteś, ba, nikt nie jest na tyle potężny, aby to zmienić. - szepnął pod nosem, siadając obok niej na łóżku. Tkwiła tak, jak śpiąca królewna, nieco zimna i gliniasta, ale na Merlina, trochę tam leżała. Przyglądał się jej, mrucząc coś pod nosem. Może żałowała tego, co zrobiła, bo nie mogła zaznać spokoju? Nikt z tego statku nie mógł. Spojrzał na Laurenta, ignorując jednak jego polecenia. - Miłość niczego nie przebacza, ale żeby od razu cały statek pociągnąć za sobą.. Jej oddech zwalnia, my zwalniamy.
Odetchnął, nie chcąc myśleć jednak o śmierci — tam chuj z nim, ale co ze Staszkiem, Brenną i tym głupim Artem, który był jednak jego przyjacielem i pomimo zazdrości, byli jak bracia? Musiał ich uratować, chciał ich uratować. Obejrzał się do tyłu w stronę drzwi, czy jego brat wrócił — byłby spokojniejszy, gdyby wiedział, że nic mu nie jest. Nachylił się nad Marianne, przesuwając dłonią po jej twarzy. Nie mógł zmienić napisanej historii, ale mógł spróbować zmienić to, jak ją postrzegała. O ile cokolwiek to da.
- Marianne? Panno Fawley? Słyszysz mnie? To ja, Anthony. Rozmawialiśmy dziś na statku, pięknie Panienka wyglądała. Obiecała Pani, że jeszcze porozmawiamy i będę mógł spojrzeć w Panienki piękne oczy. - zaczął mówić łagodnie i nieco nad nią nachylony, licząc na to, że uniesie powieki — więcej w sumie nie potrzebował, aby spróbować ją zahipnotyzować lub wpłynąć na to, jak postrzegała świat. Był przecież jednocześnie Anthonym Borginem i Anthonym Burksem.
Życie za Życie.
Słowa kałuży nie dawały mu spokoju, nie powiedziałaby tego ot tak. . Przesunął palcami po jej policzku, łapiąc ją też za rękę, licząc, że się wybudzi. A jeśli to nie podziałało... Cóż, Westchnął, sięgając w stronę stolika, gdzie tkwiła szklanka czy tam karafka, nie był pewien, a potem rozbił ją po podłogę, wybierając odpowiednio ostry kawałek szkła. Podwinął rękawy, bo zawsze trzeba być eleganckim i przesunął ostrzem po nadgarstku — nie tak, aby od razu się zabić i wykrwawić, ale nacięcie było na tyle głębokie, aby zaboleć. Skoro spali, może to ból był odpowiedzią, żeby się obudzić? - Zobaczmy jak Twój pomysł, Laurent.