Ginny nie za dobrze znała się na opiece nad magicznymi stworzeniami, zawsze to co innego zaprzątało jej głowę. Nie można było jednak odmówić jej tego, że zwierzęta w jakimś stopniu studiowała, bo inaczej chyba by jej się nie udało po prostu przemienić jako animag – musiała więc trochę czasu poświęcić na obserwację i na wybranie zwierzęcia, w którego chciałaby się całe życie zmieniać. Jej wybór padł na sokoła – był wolny, a i ona chciała być wolna. Iść gdzie chce, robić co chce, i właśnie tak się stało. Był też w Egipcie, tym starożytnym, świętym ptakiem, w którego zamieniał się jeden z bogów, Horus. A i zdolności Trzeciego Oka nazywane były Okiem Horusa – tu wszystko miało znaczenie w symbolizmie, całe jej życie, odkąd nauczyła się chodzić, mówić i dostrzegać różne rzeczy. Drugim wyborem był kot – równie piękny, równie niezależny, milutki… i kolejne zwierzę czczone przez starożytnych. Kolejny symbol. Ale to były godziny obserwacji i godziny rysunków, kiedy Guinevere rysowała różne zwierzęta w różnych pozycjach i otoczeniu – i te magiczne również. Nie umiałaby się pewnie zająć takimi niuchaczami, wiedzieć czym dokładnie karmić, kiedy pielęgnować i tak dalej. Ale z przyczyn koniecznych musiała szybko przyswoić jak je łapać i jak sprawić by oddały co ukradły, nie czyniąc im przy tym żadnej krzywdy, bo tego absolutnie nie chciała. Jej dziadkowie się na tym znali, a półtorej miesiąca w Anglii wystarczyło, żeby pojąć chociaż to. I nawiązać jakąś więź z przyjaznym, chociaż wciąż dzikim, zwierzęciem.
- Może… – stwierdziła w odpowiedzi na zaczepkę Laurenta. - Pod warunkiem, że mają coś ciekawego do zaoferowania – nie pomylił się, zostało to gładko przyjęte i równie gładko odparowane. I wcale nie tak jednoznacznie, nie dała się złapać na tę sugestię, że każdemu mężczyźnie wsadziłaby rękę do kieszeni… albo jeszcze gdzieś indziej. Bo nie każdemu. Nie żyła w celibacie, żadne takie, ale szanowała się i nie zwiedzała różnych sypialni. Ot… jak się złożyło, tak się złożyło, ale raczej nie była z gatunku tych kobiet, które szukają przygód, zwłaszcza tych chwilowych. - O tak. No spójrz tylko. On zbiera świecidełka, ja zbieram… może nie klejnociki, ale mnóstwo pamiątek z różnych miejsc. Żebyś ty wiedział ile mam kamyków z różnych wykopalisk tylko dlatego, że akurat potrzebowali opinii eksperta i przyjechałam na tydzień albo dwa zobaczyć co i jak – więc nie chodziło o wsadzanie łap w męskie spodnie, a o zbieractwo. Tak czy siak – wydawało jej się, że Laurent dobrze zrozumiał jej aluzję, a ona jego: że słabo się znała na zajmowaniu się zwierzętami i chodziło tutaj o zupełnie coś innego.
Uśmiechnęła się do Laurenta w odpowiedzi; tak miała w sobie miłość do stworzeń. Ale nie odpowiedziała w tej chwili, zamierzała myśl rozwinąć gdy już będą w drodze.
Przyjęła niuchacza z powrotem, gdy wróciła – nie była co prawda jego właścicielką, Brylancik nie należał do nikogo innego, jak tylko do samego siebie, ale na pewno z nią i jej zapachem był bardziej zaznajomiony i lepiej się czuł w jej obecności.
- Gdzie tam, nie minęłam się z powołaniem w żadnym wypadku. Robię dokładnie to, co zostało mi zapisane, nie miej do tego absolutnie żadnych wątpliwości. Zostałam wybrana do tego co robię, co lubię i czym się zajmuję i nie ma w tym żadnej pomyłki – nigdy nie wątpiła. Ktoś oświecony, z darem, nawet nie wyćwiczonym (i według jej matki zmarnowanym – ale Guinevere zawsze odpowiadało jej, że tak właśnie miało być i że świat ucierpiałby w innych miejscach, gdyby całkowicie oddała się jasnowidzeniu), tak jak ona, musiał być pewien swoich wyborów i miejsca, w którym się znalazł, skoro wokół widział różne znaki. A ona je widziała, tak jak rozczytywała symbole, które nie każdy w ogóle dostrzegał. - Nie hodujemy żadnych zwierząt. Wszystkie stworzenia, jakie tutaj mieszkają, nie należą do nikogo. Moja rodzina opiekuje się tym miejscem od lat. Pilnują, żeby nikomu z małych i dużych mieszkańców nie działo się nic złego, pomagają, kiedy jakieś są ranne, dokarmiają, kiedy nie mogą same znaleźć pożywienia. To ostoja dla zwierząt – wyjaśniła mu, nie patrząc na Laurenta, a na morze trawy rysujące się przed nimi, kiedy prowadziła ich wydeptaną ścieżką. - Tak nawiązując do tego, co powiedziałeś wcześniej… Kocham wszystkie stworzenia, bo wszyscy mamy i mają prawo, żeby żyć. Ten świat jest za duży i zbyt piękny, żeby się nim nie dzielić.