11.09.2023, 19:42 ✶
- Nie, dziękuję. Jestem tutaj służbowo – oświadczyła Florence stanowczo. Herbatkę mogła pijać ze współpracownikami, których wyjątkowo lubiła, z przyjaciółmi, z rodziną, ale ktoś obcy musiałby zrobić na niej ogromne wrażenie, żeby przyjęła zaproszenie. Trzymała wobec ludzi dystans, a Philip Nott zwyczajnie jakoś się jej nie spodobał, chociaż był uprzejmy. Florence zaś nie należała do osób, które będą cokolwiek robiły wbrew sobie z czystej uprzejmości. Miała zresztą swoje plany i szkoda jej było czasu. – Istnieje coś takiego, jak rękawiczki, panie Nott – powiedziała, tym razem niemalże łagodnym tonem. Jego twarz, szyja, większość ciała była już wolna od wpływu klątwy, odrobina niebieskości została na rękach: tam, gdzie Philip dotknął przeklętego posążka. Niestety, magia w samej swojej naturze była nietrwała i aby upewnić się, że pozostanie się wolnym od takiej magii, trzeba było leczenie wspomagać odpowiednimi miksturami oraz maściami.
Kiwnęła głową, lekko, kiedy Kayden się przedstawił. Nazwisko kojarzyła, ale bardziej z narzeczoną swojego brata niż z samym Kaydenem – w Hogwarcie był po prostu jednym z chłopców, którym czasem trzeba było pierwszy raz pokazać drogę do klasy – chociaż zastanowiła się, czy młodzieniec jest spokrewniony z Elaine.
– Och, ależ dla mnie to żaden problem. Ale nie jestem pewna, czy państwo chcą dostać większy rachunek – odparła grzecznie na stwierdzenie odnośnie niedokładania jej pracy. Wszak już i tak tutaj była, mogła złamać dwie klątwy zamiast trzech. Zresztą, jeżeli Kayden zapragnąłby być niebieski i nie łamać przekleństwa, czemu miałaby tego mu zabraniać?
Zmierzyła Notta ostatnim spojrzeniem, a potem zbliżyła się do posążku. Na początku przesunęła nad nim różdżką i posypał się z niego złocisty pył. Kształty i nici, jakie na moment się w nim uformowały, wiele pewnie nie mówiły Philipowi czy Kaydenowi, ale klątwołamaczka zmarszczyła brwi, jakby nieco niezadowolona. Chwilę później jej torba, zawieszona dotąd w powietrzu, podryfowała ku uzdrowicielce. Wyciągnęła z niej niewielki woreczek i sypnęła odrobinę proszku na posążek. Ten osiadł na figurce, a Florence szeptała przez chwilę inkantacje, jednocześnie poruszając różdżką wokół rzeźby. Wreszcie stuknęła nią w głowę figurki.
Proszek znikł bez śladu. Florence dźgnęła figurkę różdżką jeszcze raz, drugi i trzeci, tak na wszelki wypadek.
– Wydaje się, że klątwa została złamana. Nie była niebezpieczna, ale bardzo złośliwa. I na pewno nie starożytna. Ktoś utkał ją stosunkowo niedawno, powiedziałabym, że w styczniu albo lutym.
Najwyraźniej Iona była nieprzyjemną staruszką albo bardzo nie lubiła swojej rodziny i postanowiła zadbać o to, aby rzeczy, które odziedziczą, zawierały dużo niemiłych niespodzianek. Florence jednak nie znała jej historii i nie miała zielonego pojęcia (ani żadnego innego), skąd Philip wziął tę figurkę. Mówił, że z aukcji, ale jaka była wcześniejsza historia? Tego Bulstrode już nie wiedziała. Natomiast wolała podać mu wszelkie informacje, tak na wypadek, gdyby ktoś zaklął ten posążek specjalnie, aby zrobić mu na złość.
– Gdyby pojawiły się jakieś kolejne problemy, zapraszam do Munga. W razie gdy moje klątwołamanie nie działa, naprawienie problemu jest już bezpłatne. Do widzenia panom – rzuciła tylko, po czym skierowała się do kominka, by ledwo chwilę później zniknąć w płomieniach.
Kiwnęła głową, lekko, kiedy Kayden się przedstawił. Nazwisko kojarzyła, ale bardziej z narzeczoną swojego brata niż z samym Kaydenem – w Hogwarcie był po prostu jednym z chłopców, którym czasem trzeba było pierwszy raz pokazać drogę do klasy – chociaż zastanowiła się, czy młodzieniec jest spokrewniony z Elaine.
– Och, ależ dla mnie to żaden problem. Ale nie jestem pewna, czy państwo chcą dostać większy rachunek – odparła grzecznie na stwierdzenie odnośnie niedokładania jej pracy. Wszak już i tak tutaj była, mogła złamać dwie klątwy zamiast trzech. Zresztą, jeżeli Kayden zapragnąłby być niebieski i nie łamać przekleństwa, czemu miałaby tego mu zabraniać?
Zmierzyła Notta ostatnim spojrzeniem, a potem zbliżyła się do posążku. Na początku przesunęła nad nim różdżką i posypał się z niego złocisty pył. Kształty i nici, jakie na moment się w nim uformowały, wiele pewnie nie mówiły Philipowi czy Kaydenowi, ale klątwołamaczka zmarszczyła brwi, jakby nieco niezadowolona. Chwilę później jej torba, zawieszona dotąd w powietrzu, podryfowała ku uzdrowicielce. Wyciągnęła z niej niewielki woreczek i sypnęła odrobinę proszku na posążek. Ten osiadł na figurce, a Florence szeptała przez chwilę inkantacje, jednocześnie poruszając różdżką wokół rzeźby. Wreszcie stuknęła nią w głowę figurki.
Proszek znikł bez śladu. Florence dźgnęła figurkę różdżką jeszcze raz, drugi i trzeci, tak na wszelki wypadek.
– Wydaje się, że klątwa została złamana. Nie była niebezpieczna, ale bardzo złośliwa. I na pewno nie starożytna. Ktoś utkał ją stosunkowo niedawno, powiedziałabym, że w styczniu albo lutym.
Najwyraźniej Iona była nieprzyjemną staruszką albo bardzo nie lubiła swojej rodziny i postanowiła zadbać o to, aby rzeczy, które odziedziczą, zawierały dużo niemiłych niespodzianek. Florence jednak nie znała jej historii i nie miała zielonego pojęcia (ani żadnego innego), skąd Philip wziął tę figurkę. Mówił, że z aukcji, ale jaka była wcześniejsza historia? Tego Bulstrode już nie wiedziała. Natomiast wolała podać mu wszelkie informacje, tak na wypadek, gdyby ktoś zaklął ten posążek specjalnie, aby zrobić mu na złość.
– Gdyby pojawiły się jakieś kolejne problemy, zapraszam do Munga. W razie gdy moje klątwołamanie nie działa, naprawienie problemu jest już bezpłatne. Do widzenia panom – rzuciła tylko, po czym skierowała się do kominka, by ledwo chwilę później zniknąć w płomieniach.
Postać opuszcza sesję