- Nie miałam pojęcia. W Egipcie nie widziałam niuchaczy – może gdzieś były, może ktoś je hodował, albo przywiózł, ale Guinevere albo nie widziała, albo o tym nie pamiętała. Czego była pewna to to, że nie występowały tam naturalnie, a większą styczność z tymi zwierzakami zawsze miała w domu dziadków. Oglądała je jako dziecko, ale to właściwe dopiero teraz musiała nauczyć się jak się z takim obchodzić w zupełnych podstawach, by nikomu nie stała się krzywda. Polubiła tego malca. Rozrabiał, ale taką miał naturę, a kim była ona, by się o to złościć? Więc się z nim bawiła – tylko tyle. A Brylancikowi się spodobało i uparcie wracał. Teraz zresztą wtulił się w ręce Ginevry i wyglądał, jakby słodko spał. Słodziak. - Więc ten twój nosek jest taki niesamowity? – zwróciła się tutaj do niuchacza, jakby mógł ją zrozumieć. Pewnie nie mógł. Ale ona i tak gadała. - O ile to ten słodki nosek, a nie po prostu całe ciałko, które w jakiś sposób wyczuwa rzeczy – jak mówiłam, Guinevere guzik się znała. I to dawało jej święte prawo do wysnuwania takich teorii. Niuchacz rzecz jasna nie odpowiedział, tylko wydał ten swój odgłos i zamlaskał, mocniej łapkami owijając się wokół jej ręki. Guinevere wyglądała na rozczuloną.
- Lubię. To jak podróż w przeszłość, kiedy oglądam te wszystkie rzeczy. Pamiętam co jest skąd – wspomnienia to była najwspanialsza pamiątka, ale różne przedmioty też potrafiły wspomnienia przechowywać. Dosłownie – widmowidzowie wszak z tego korzystali, by zobaczyć duchy przeszłości, ale dla McGonagall nie miało to wartości w takim wydaniu. Po prostu przedmioty przypominały jej różne sytuacje, emocje z nimi związane, może jakieś inne, niewiele znaczące szczegóły. – To taka trochę rupieciarnia, to co zbieram. Ale ma dla mnie wartość sentymentalną – nie tłumaczyła się, skąd, bo nie widziała niczego złego w tym swoim dziwactwie. Po prostu wyjaśniała mu co miała na myśli, odrobinę otwierając drzwi do swojego świata. Ale prócz zbieractwa wszelakiego lubiła też biżuterię, głównie ze złota; naszyjniki, łańcuszki, bransoletki, kolczyki, pierścionki z kamykami, albo i bez… teraz jednak nic na sobie nie miała, bo była przygotowana do pracy przy domu, a pomiędzy wszystkim co Brylancik wypuścił ze swojej kieszonki, babcia Ginny pozbierała też część jej własnej biżuterii, widziała to. I nie była ani trochę zła.
– Bo robię to, co sprawia mi radość i mnie interesuje – oso sposób na szczęśliwe życie: rób to, co kochasz, nie mniej i nie więcej. – I dlatego nie potrzebowałam się długo zastanawiać, kiedy dostałam propozycję, żeby przyjechać tutaj do pracy – wcale nie dlatego, że w Egipcie jej nie było, bo była. Po prostu to tutaj, w Wielkiej Brytanii, były rzeczy, które najbardziej ją interesowały. Rzeczy, jakie można było odkryć przypadkiem… albo szukając celowo. Ale łatwiej było natrafić na ślady tutaj, bo w Egipcie nie było ich na pewno. – A ty, Laurent? Robisz to co cię interesuje i sprawia radość? – to było proste pytanie i nie miało na celu w żadnym wypadku oceniać czy osądzać.
Pokierowała ich dróżką, wchodząc w drzewa, w las, który się tutaj zaczynał. Było spokojnie. Przyjemnie – nie gorąco, wiatr tutaj nie wiał zbyt mocno, ale wystarczająco by poruszać liśćmi na drzewach. Ptaki śpiewały, a w powietrz pachniało charakterystycznie roślinnością. Było tak przyjemnie… nie cicho, bo były te wszystkie odgłosy lasu, ale było po prostu spokojnie. Guinevere nie zdawała sobie sprawy z tego, co właśnie się działo we wnętrzu Laurenta, jak na niego podziałały jej słowa – pozornie proste.
– Tak, każde życie jest cenne – każde. – Mogłoby ponieść, ale jeśli ktoś ma zamknięte uszy na życiową prawdę, to choćbyś mówił największe oczywistości, to do nich nie dotrze – niektórych nie dało się zmienić… a Ginny nie zamierzała walczyć z wiatrakami. Po prostu to akceptowała.
– No, jesteśmy – zbliżyli się do skarpy, za którą błyskały jakieś monetki, a gdyby się przyjrzeć, to widać było niedużą dziurę, przysłoniętą jakimś krzakiem. – Chodź, malutki, twoja rodzina na pewno się za tobą stęskniła – powiedziała, delikatnie wyplątując dłoń,, by odstawić Brylancika na ziemię. Ten jednak złapał się mocniej, jakby wcale nie chciał albo tutaj zostawać, albo żeby ta dwójka sobie poszła.