- Czyli jednak słodki nosek – zawyrokowała, bo to przesądzało sprawę do końca. - Sporo wiesz o niuchaczach – zauważyła i uśmiechnęła się. Pamiętała, że Laurent zajmował się czymś związanym z magicznymi zwierzętami, więc nie powinna być zdziwiona… i nie była. Po prostu zwróciła uwagę na fakt. - Właściwie to jest fascynujące. Mieć taki dobry węch i jednocześnie nie być przytłoczonym zapachami – ona czasami była przytłoczona pod postacią kota. Wszak koty też miały bardzo dobry węch, na pewno lepszy od ludzkiego, i wspaniały słuch. Bodźców było jednak czasami odrobinę za dużo. - Dla mnie to czasami za dużo. Koty mają znacznie mocniej wyostrzone zmysły i jeśli jestem w mieście, to potrafi być tego trochę za dużo – chociaż zwykle udawało się skupić na tyle, żeby to od siebie odepchnąć. Ale zazwyczaj była później znacznie bardziej zmęczona i wolałaby odpocząć. Tutaj, poza miastem, na szczęście nie było tego problemu. I Laurent dobrze ocenił – była całkiem zainteresowana tematem. Może dlatego, że akurat niosła w rękach niuchacza.
- Hehe, zapraszam – zaśmiała się cicho, i wyciągnęła w górę jeden kącik ust. Nie miała nic przeciwko, natomiast bardzo wątpiło, by te wszystkie kamyczki i duperelki faktycznie Laurenta mocniej zainteresowały, bo dla osoby trzeciej raczej nie było tam nic nadzwyczajnego. Jakiś archeolog pasjonat… no może. Chyba, że Laurent chciał przy okazji posłuchać jakichś historii związanych z daną pamiątką – w takim razie Guinevere zapewne mogła mu umilić czas. Tym niemniej – za gablotą tego wszystkiego nie trzymała, a w różnych szkatułkach, żeby się nie kurzyło i by łatwiej było przechowywać te wspomnienia. - To akurat fakt, nie mi oceniać. Ale zwykle staram się wybrać coś, co mi się podoba – by dodatkowo cieszyło oko. Jednak w jej przypadku zdecydowana większość tych przedmiotów to jednak "bo coś tam".
Guinevere zapytała o to tylko dlatego, że temat sam wypłynął, a ona złożyła mu taką a nie inną deklarację odnośnie własnych odczuć względem pracy. Widziała już ludzi, którzy pracowali bo ich coś interesowało, i widziała takich, którzy pracowali bo przecież jakoś trzeba zarobić na życie – ale o ile się orientowała, to akurat Laurentowi pieniędzy nie brakowało. Uśmiechnęła się jednak na jego wypowiedź – ta była nie tak gorliwym zapewnieniem jak jej, co odnotowane zostało. I gładko przeszło do tego, że jest zosią-samosią.
- Dostrzeżenie problemu to pierwszy krok do jego rozwiązania – zgodziła się z nim i odwróciła na moment w jego kierunku, przyglądając się z odrobiną większej uwagi. - Bo powinieneś. Powiedzenie, że w zdrowym ciele zdrowy duch nie wzięło się z niczego. Każdy musi prędzej czy później odpocząć, a brak tego w dalszej drodze prowadzi do mnóstwa innych nieprzyjemności, to jak reakcja łańcuchowa – Ginevrze nie potrzeba było wiele, by mówiła. I to o różnych rzeczach. A to, że miała w zasadzie… trzy różne, pozornie niepowiązane że sobą zawody, potęgowało efekt tego, że ta kobieta ma bardzo rozległą wiedzę. Bo miała – ale głównie w obrębie tego, czym zajmowała się na co dzień i co ją tak pasjonowało. - Aj wybacz. Zboczenie zawodowe – roześmiała się i pokręciła głową.
- Myślę, że na długo. Wykopaliska zabierają trochę czasu, a poza tym tu jest wszystko co mnie najbardziej interesuje. A później… kto wie. Może pójdę w ślady ojca i tak mi się spodoba, że zostanę na stałe – zaśmiała się, ale było w tym mnóstwo prawdy, bo jabłko naprawdę nie padało daleko od jabłoni. - Daleko, ale całe życie co jakiś czas z rodzicami przyjeżdżaliśmy, żeby nie zatracić kontaktu z resztą rodziny. A jak już przyjeżdżaliśmy to nie na tydzień, zwykle na dłużej. Na miesiąc. Więc nie czuje się tu całkiem obco, no i język. Dobrze wiesz, że to znacznie zmienia sprawę. Ale największą różnicą jest to, by nie być tu całkiem samemu, a ja mam tu rodzinę rodzinę. Dziadków, ciotki, wujków... No i znam ludzi, z którymi pracuje… a przynajmniej część z nich, to daje zupełnie inne odczucia względem miejsca – to nie tak, że znała wszystkie niuanse, bo nie była to prawda. Pewne rzeczy wydawały jej się dziwaczne. Ale się starała dopasować, tak po prostu. No i jeśli dodatkowo oferowała swoje usługi jako wróżbitka, to jej orientalne pochodzenie robiło za małą ciekawostkę. Ludzie z jakiegoś powodu chętniej przychodzili do takiej osoby. - Jak Shafiq do mnie napisał to nie musiałam się długo zastanawiać, żeby się spakować i przyjechać. Tylko musiałam pozamykać swoje sprawy w Egipcie, więc chwilę mi zajęło – uśmiechnęła się pod nosem. Mówiła rzecz jasna o kierowniku wykopalisk, z którym pracowała też w Egipcie.
Westchnęła, ale to nie był odgłos wyrażający zmęczenie i zniecierpliwienie, a rozczulenie.
- I co ja mam z tobą zrobić, urwisie – pogłaskała niuchacza po głowie. - Przecież to nie na zawsze. Dobrze wiem, że znowu się wkradniesz do domu – ale jak tu się na takiego słodziaka gniewać… - Nie można mu się dziwić? – powtórzyła za nim i roześmiała się. - A niby dlaczego?