No, ostatecznie sam dał jej nóż do ręki; ona pochwaliła jego wiedzę o niuchaczach, a on zaczął gadać o hodowli i rezerwacje. Przyznajcie: aż samo się prosiło. Oczywiście, że to spłyciła i udała, że nie wie jak wygląda sytuacja, no ale… bardzo przepraszam, ale nie mogłam się powstrzymać. To znaczy mogłam, ale nie chciałam. Tutaj trzeba było uważać na słówka, bo rzeczywiście mogły zostać wykorzystane przeciwko. Albo wyciągnięte za dziesięć minut i zrobione tyknięcie niemalże pod żebra.
– Chciałabym zobaczyć jak taki hodowca niuchaczy sobie z nimi radzi – rzuciła, już sobie wyobrażając ten piękny chaos. I stado niuchaczy zabierające sobie nawzajem skarby. Wyobraźnia pracowała aż miło; siatka tuneli, poukrywane kosztowności, ani się obejrzy i nagle nic nie ma. A może wszystkie spały na jednej górze złota? Jak te smoki w bajkach, bo na pewno nie te prawdziwe. – Naprawdę? Hodujesz abraksany? – zainteresowała się. Oczywiście, że wiedziała co to za zwierzę. O pegazach chyba wszędzie uczono, tak jej się wydawało. No i istniały w wierzeniach bardzo wielu różnych starożytnych ludów. – I robisz to sam? – dodała, konfrontując ze sobą słowa, które powiedział chwilę wcześniej; że robi wszystko sam i słyszy, że ma więcej odpoczywać. Samemu hodować abraksany… No, zdziwienie na twarzy Guinevere było całkowicie szczere. – W jakim sensie się wiele nie różni? – nie była pewna kontekstu, bo można było to zrozumieć na naprawdę wiele sposobów.
– Tak, wiem, że jest. Ciocia mnie uczuliła już dawno – rzecz jasna nie rejestrowała się wcześniej, bo uważała to za stratę czasu, skoro przyjeżdżała tylko w odwiedziny. Natomiast teraz, skoro zdecydowała się na dłuższy pobyt (a kto wie jak bardzo się przedłuży… bo Guinevere nie mogła niczego wykluczyć), to nie chciała sobie robić problemów. Natomiast… zgłosiła tylko jedną formę: kota. – Jeśli cię to interesuje to owszem, zarejestrowałam się w Ministerstwie, jestem całkowicie legalnym animagiem – mmm… raczej nikt nie podejrzewał, że mogłaby mieć dwie formy. I póki co zamierzała to tak zostawić, przynajmniej jeśli chodziło o Ministerstwo. To nie tak, że miała coś do ukrycia, ale różnie się w życiu przecież działo. Głupio byłoby wykładać wszystkie karty. – To nie jest proste. Wymaga po prostu dyscypliny i rezygnacji z kawałka innych rzeczy, to wszystko. Natomiast nie zamierzam cię namawiać, chociaż to bardzo przydatna umiejętność. Widzieć świat z innej perspektywy, naprawdę można się w taki sposób wiele nauczyć – albo gdzieś się łatwiej dostać… Albo jeszcze inne rzeczy.
Ach, padło i słowo klucz: królewskie. Ginevra zaśmiała się cicho, ale był to żart, którego Laurent pewnie nie zrozumiał.
– O, mają. Dryg, majestat, wyniosłość i dużo czasu na leżenie w słonku – lubiła koty. Były miłe w dotyku, przyjemnie mruczały – co potrafiło w pewien sposób oddziaływać na ludzi i ich na swój sposób „leczyć”. Były cieplutkie, czyste, a swoje przywiązanie pokazywały na różne sposoby lecz w sposób bardzo oczywisty. No i były po prostu śliczne.
– Mam dużo różnych zainteresowań – jak na przykład… legendy arturiańskie. Największy powód jej braku zawahania na przyjazd do Wielkiej Brytanii i dołączenie do ekipy archeologicznej właśnie tutaj. – I talentów – dodała po chwili, caaałkiem z siebie dumna, że udało jej się Laurenta zaskoczyć. Ale to prawdziwe zaskoczenie miało dopiero nadejść. Było w tym trochę satysfakcji dla McGonagall – to, że nie była dla ludzi tak oczywista, że nie była dla nich jak otwarta księga i miała czym się pochwalić i zainteresować. Na prywatnych wizytach mogłaby dorabiać… gdyby ludzie o tym wiedzieli, ale nie prowadziła gabinetu lekarskiego – chociaż mogłaby, jak najbardziej. Tutaj mało kto ją znał, więc ludzie zwyczajnie nie mieli pojęcia, że jest magimedykiem. Rodzina – oczywiście, wiedziała. W ekipie była uzdrowicielem, ci ludzie też mieli świadomość kim jest. Ale poza tym…? No kto miał wiedzieć. Teraz to Laurent. Który się roześmiał: reakcja zupełnie oczekiwana. Dlatego tak ją to napawało zadowoleniem. – Tak, dokładnie tak. Trzeba się umawiać prywatnie – i powiedziała to przepełniona pewnością siebie i zadowoleniem, dumą. I o ile usług lekarskich w gabinecie nie świadczyła, to wróżenie… już owszem. To łatwiej było zareklamować – i było to jej drugie źródło dochodu, w ten sposób sobie dorabiała. Tak w Egipcie, jak i tutaj. No bo jak babcia swoim koleżankom opowiada, że ma wnuczkę wróżbitkę z Egiptu, to brzmiało to dużo lepiej niż wnuczka lekarka z Egiptu – to mogło brzmieć jak jakiś scam, którym nie było. – Moja matka jest niepocieszona tym faktem, ale trudno. Świat potrzebuje mnie w innych miejscach – w magimedycynie… wykopach… A nie w jasnowidztwie. – A co, potrzebujesz wróżby? Wcisnę cię gdzieś w grafik – dopowiedziała z szelmowskim uśmieszkiem.
Guinevere kucnęła, uznawszy, że pięć minut jednak już minęło i wystarczy tego sterczenia z niuchaczem na ręce. Brylancik dość niechętnie, ale tym razem jednak puścił jej przedramię i pozwolił się odstawić na ziemię. Nie trzeba było długo czekać, a niuchacz wbiegł do norki.
– To dobrze, bo nie chciałabym być o to oskarżona – mówiła, kiedy już prowadziła ich z powrotem na łąki, ale z nieco innej strony, właśnie po to, by mogli zobaczyć konie – to dzikie stado. Guinevere po drodze wyrzucała w trawę świecidełka, które zostawiła jej babcia. Właśnie dla niuchaczy, żeby miały co zbierać po drodze. – Tym niemniej… dziękuję za komplement. Bardzo mi miło, że tak o mnie uważasz.