Aż dziwne, że został uwzględniony w planach wypadowych kolegów ze Slytherinu. Nie trzymał z nimi. Nie trzymał też z żadnym innym domem, mając pojedynczych znajomych rozrzuconych po każdym z nich. Od zawsze lubił... barwę. Rozmaitość. Nawet, jeżeli nie szła z nim w parze, to była mile widziana. Dlatego trzymał całkiem pozytywne kontakty z ludźmi, których nie dało się posądzić o bycie znajomymi Esmé.
Chociaż był w grupie, to z rzadka się odzywał, gdy przemierzali uliczki Hogsmeade. Z nieskrywaną przyjemnością odwiedzał wszelkie sklepy, przyglądając się towarom bardzo uważnie, a nawet zadając kilka pytań "jak to jest zrobione?" w stronę sprzedawców. Jego koledzy mieli odmienne zainteresowania - bardziej ceną i mocą. Trudno mu było nawiązać nić porozumienia. I dlatego też postanowił się odłączyć w pewnym momencie. Nie odezwał się ani słowem, nikogo nie poinformował, a zwyczajnie zatrzymał się na środku uliczki i w ciszy obserwował jak roześmiana grupa idzie dalej. Też się zaśmiał. To zabawne, że bez niego bawili się równie dobrze, a on bez nich znacznie lepiej.
Nieśpiesznym krokiem zmierzał dróżką nieopodal cmentarza. Z dala od wioski, bo tutaj zawiodły go nogi. Na ogół nie był zainteresowany takimi miejscami, bo były... puste. Nudne. Teraz też nie zwracał na niego uwagi, lecz nagle kątem oka coś dostrzegł. Zazwyczaj zaraz po spojrzeniu na to "coś", ów "coś" znikało, lecz nie tym razem. Pomiędzy pomnikami stała, a raczej unosiła się, jakaś sylwetka. Ledwo widoczna, powoli sunąca gdzieś w głąb cmentarzyska. Ślizgon nie miał nic lepszego do roboty, niż sprawdzenie co to za zjawa. Bo był pewien, że musi to być jakaś zjawa.
Dziwnym uczuciem był chłód, jaki poczuł, gdy przekroczył bramę cmentarza. Początek października prezentował się ciepło, toteż Esmé ubrany był w koszulę i cieniutki płaszczyk. Oczywiście miał na swe ramiona zarzucony również szalik podkreślający, że tak - jest Ślizgonem, a zatem magiem czystej krwi. Co za ironia. Tak czy inaczej, zmuszony został przerzucić jeden koniec szalika na drugie ramię, opatulając tym samym szyję. A zazwyczaj był tym typem, który w najgorsze mrozy chadza bez czapki i w cienkim okryciu.
Zmierzał, jak mu się wydawało, ścieżką na której widział zjawę, lecz po duchu nie było nawet śladu. Przystanął w końcu między pomnikami, przyglądając się im w poszukiwaniu jakiejś wskazówki. Swoją drogą - pomniki były również pięknym dziełem rzemiosła. Ta myśl zaprzątnęła jego umysł bardziej, niż duch. Zaczął przyglądać się grobowcom, oceniając bardziej zmyślność zdobień i samą "wizję". Były sarkofagi, były grobowce, były pomniki. Nawet po śmierci każdy chciał mieć "klasę". Inni pokazywali bogactwo. A inni wyczucie. Sztuka i rzemiosło były wszędzie.
Ocknął się, gdy ktoś go zawołał po nazwisku. Czasami zapominał, że jest Rowle. Oczywiście był Rowle, nie było ku temu wątpliwości, ale zdecydowanie nie czuł się jak jeden z nich. Zafrasowany spojrzał w kierunku dźwięku i... rozchmurzył się. Na jego twarzy wykwitł drobny uśmiech, ale co najdziwniejsze - nie czuł już chłodu. Jakby jakaś obecność właśnie znikła. A dlaczego się rozchmurzył? Znał tę dziewczynę. Nie z imienia, nie z nazwiska, ale z widzenia. Wydawała się pogodną, zakręconą duszyczką, a takimi ludźmi lubił się otaczać. To przeciwdziałało tej apatii, z którą od pewnego czasu zaczął się zmagać na porządku dziennym.
Nie miał nigdy okazji zagadać do niej. Nie, oczywiście że miał, bo nie przeszkadzało mu wejść w grupę nieznajomych i zacząć z nimi rozmawiać. Po prostu nigdy tego nie zrobił.
- Cześć... - widać było, że ze wszystkich sił starał sobie przypomnieć czy gdzieś nie zasłyszał jej imienia. Albo nazwiska. Znaczy, na pewno gdzieś słyszał, lecz nie potrafił sobie przypomnieć. Na ogół niezbyt interesowało go kto jak się nazywa, dopóki nie są znajomymi. Albo wrogami, bo i takich Esmé posiadał przez swoją bezkompromisową nonszalancję. I co ciekawe - większość z nieprzychylnych mu osób należała do... Slytherinu. - Jak się właściwie nazywasz? - rzucił do niej, przekrzywiając głowę na bok, niczym przysłuchujący się pies. - Może zacznijmy jak należy. Ekhm, Esmé Rowle, miło mi panienkę poznać. - przedstawił się niezwykle kulturalnie, chociaż w jego głosie była nuta... rozbawienia. Tak, jakby taką "kulturę osobistą" brał za żart.Uniósł brwi nieco wyżej, słysząc że szuka ducha. I to konkretnego ducha. Rozejrzał się dookoła, gdy dziewczyna wymieniała cechy zjawy, ale jak na jego oko, to byli tutaj teraz sami. Tak sami-sami.
- Widziałem jakiegoś ducha, ale byłem zbyt daleko, by stwierdzić czy jest ładny. Odkąd przekroczyłem bramy cmentarza, odtąd czułem też chłód, ale jak się pojawiłaś, to nagle zrobiło mi się cieplej. - odparł poważnie, po czym prychnął lekko. - Wybacz, to nie miało tak zabrzmieć. - bo rzeczywiście nie to miał na myśli. - Nie znalazłem też żadnego ducha. Ta Adelajda... to jakiś twój... znajomy duch? - zaczął cedzić słowa, nie wiedząc na ile normalne jest kolegowanie się z duchami. On nigdy z żadnym nie rozmawiał. Chyba.