Tylko, że tutaj nikt nie nazywał siebie szumnie hodowcą, nikt nie mówił, że zwierzęta do kogokolwiek należały. Były sobie same panami, sterem i okrętem. Natomiast nic nie stało na przeszkodzie, by zwierzę sobie kogoś wybrało. Jak… nie przymierzając – Brylancik. Natomiast stado koni, które Guinevere chciała pokazać Laurentowi… kto wie. Może jakiś koń też uzna, że Laurent jest godzien. Ale Laurent. Nie jego ojciec. To nie były przedmioty, które można było sobie przekazywać w prezencie z rąk do rąk.
- Ach, to wiele wyjaśnia. Więc to taka rodzinna tradycja i powinność któregoś członka rodziny, by cała spuścizna nie przepadła? – to nie było nic złego, tak przynajmniej uważała Ginny; tak długo, jak nie było do tego żadnego przymusu, a po prostu wybór, może nawet zamiłowanie jeśli nie pasja. Laurent natomiast mówił, że ma to szczęście – więc chyba wszystko było na swoim miejscu? Nie wyglądał, by był niezadowolony. Owszem, wspominał, że nie ma tyle czasu ile by chciał… i umówienie się na spotkanie zajęło im półtorej miesiąca – a Guinevere nie była paranoiczką by sądzić, że to były tylko wymyślone na poczekaniu wymówki. Natomiast opowiadał o magicznych stworzeniach sam i z chęcią, rzucał ciekawostki o niuchaczach, których wcale nie hodował… więc musiał temat przynajmniej lubić. To dobrze wróżyło. - Mówiłeś, że jesteś – teraz już przystanęła i przyjrzała mu się uważniej, czy przypadkiem nie próbuje jej tutaj oszukać, bo dowiedział się że właśnie rozmawia z lekarzem. - Musimy uzgodnić ostateczną wersję, Laurencie – i aż znowu można było zobaczyć błysk w jej jasnobrązowych oczach. - To jak, przyłapałam cię czy to taka tam… pomyłeczka i przejęzyczenie? – przymruzyla oczy, ale nie był to w żadnym razie groźny wyraz twarzy. Uśmiech docierał aż do kącików jej dużych oczu. - A czy jednym z tych zajęć jest beztroskie leżenie na świeżym powietrzu i patrzenie w obłoki, by zobaczyć jakie kształty przyjmują? – ton jakim to powiedziała mógłby sugerować, że to żart, ale dłonie które właśnie położyła na ramionach Laurenta (a była prawie tak wysoka jak on!) mówiły wszem i wobec, że to caaałkiem poważne pytanie. A ten uśmieszek jednym kącikiem ust… nooo. Trudno było powiedzieć. Żartuje? Nie żartuje? - W chmurach też można zobaczyć przyszłość – to była bardzo mało popularna wersja wróżenia, ale nazywało się to aeromancją.
- Ooch, rozumiem. To rzeczywiście coś podobnego. Ale tutaj nie zbytnio groźnych gatunków, a przynajmniej mi nic na ten temat nie wiadomo – uśmiechnęła się, rozglądając się po morzu trawy. Łąka była w rozkwicie. Mnóstwo kwiatów, latały tutaj pszczoły, grały gonili polne. To było jak taka barwna pierzynka, do tego ładnie pachnąca. - Luna..bale? Co to są lunaballe? To coś z księżycem? – tylko tyle zrozumiała. Memortki na oczy widziała, więc nie pytała o te ptaki, ale to drugie… no cholery nie wiedziała.
Ha, dwie formy. A to było jeszcze nic! Jeśli chciała mogła przemienić tylko ręce w skrzydła, albo nos w dziób, albo uszy w locie sterczące, mięciutkie i dużo słyszące na głowie. Albo oczy w kocie by lepiej widzieć w ciemności. Wiedziała, że większość animagów jednak nie potrafiła robić takich cudów ze swoim ciałem. To, co ona potrafiła, wchodziło na zupełnie inny poziom iluminacji*. Z tym swoim charakterkiem (a był on niemały!), z historiami jakie miała do opowiedzenia, z zabawą słowem i psotą pewnie bardzo prędko by się na londyńskich salonach odnalazła, zaśmiecając w duchu do rozpuku z co poniektórych.
- Wyślę do ciebie sowę, na pewno znajdziemy dogodny termin, panie Prewett – jej kalendarz nie pękał w szwach, ale musiała się zgrać ze swoimi innymi zajęciami. Czy zaś w Egipcie mieli inne podejście do małżeństw… zapewne zależało kogo się pyta i co dokładnie chciano się dowiedzieć. Pytanie jednak nie padło. - Mogłabym ci odpowiedzieć, bo to bardzo proste, ale po co tak od razu rzucać na talerz wszystkie odpowiedzi, a? – czy lubiła zaskakiwać innych czy siebie? Odpowiedź była faktycznie bardzo prosta: lubiła wygrywać. I lubiła pewne ryzyko – ale nie w każdej sferze swojego życia. Po prostu lubiła popsocić, pobawić się chociaż troszkę i lubiła jeśli ktoś zwracał na nią uwagę, jeśli uważał za wartą swojego czasu – tak długo jak i ona za wartościową daną osobę uważała. - O to chodzi. Życie jest zbyt piękne, zbyt cenne, żeby przeżyć je jedynie wyglądając przez okno, spoglądając na wszystko z oddali. Jeśli mogę trochę tych kolorów komuś przychylić, to bardzo mnie to cieszy. Uśmiech to życie. Życie to śpiew. To wszystko co nas otacza, to miłość – może i gadała jak natchniona i pomylona, ale w każdym życiu dostrzegała iskry, ogień, wolę. Ten ogień czasami trzeba było podsycić. - Haha, tak. Moja matka jest jasnowidzką na pełen etat. Nie jakąś tam wariatką w kolorowych fatałaszkach obwieszoną łańcuchem korali. Mama naprawdę ma dar Oka Horusa, wiele razy widziałam i słyszałam jak wieszczy – wyjaśniła mu. - Ma to wyćwiczone tak, że może w Oko zerkać kiedy tylko zechce. I uważa, że ja swój dar marnuję. Też go odziedziczyłam, tylko że nigdy go nie ćwiczyłam, nie umiem więc ot tak spojrzeć klarownie w czyjąś przyszłość. Zdarzało mi się że wieszczyłam, tylko zazwyczaj tego nie pamiętałam. Pamiętali za to wszyscy wokół – roześmiała się i wyglądała jak ktoś, kto zupełnie bez żalu zrezygnował z czegoś tak unikatowego. - Za to od dziecka uczyłam się zwracania uwagi na symbole, szepty losu, znaki. Mama przygotowywała mnie nim jeszcze poszłam do szkoły. Więc tak. Talent do wróżenia mam od strony matki. Ale wróżenie i jasnowidzenie to nie to samo. Wróżenia można się do pewnego stopnia nauczyć, chociaż to nie będzie to samo co naturalny talent. A jasnowidzenie wygląda zupeeełnie inaczej – żadne tam gapienie się w kulę. Jasnowidzenie wymagało spojrzenia w przyszłość. Przepowiednie bywały mętne, ale też zabójczo konkretne, jasne. Wróżenie było tylko liźnięciem czubka góry. Gdy ktoś miał dar, talent i był wyczulony na dostrzeganie znaków, potrafił dojrzeć więcej. Guinevere potrafiła. Ale to nadal nie było tak precyzyjne. Natomiast wcale nie musiało być. - Pewnie cię zaskoczę, ale to mi się przydaje przy wykopaliskach. Starożytni dużo większą wagę przykładali do przepowiedni i wróżb, można być sobie specjalistą od starożytnych run, ale jak nie dostrzegasz, to zupełnie źle odczytasz wiadomość. To są często subtelności, ale niosą sobą dużą wagę – więc trzy kompletnie oderwane od siebie zawody… ale jakże pięknie się łączyły. Również z byciem animagiem. Tu nie było miejsca na przypadki, a Ginny w nie nie wierzyła.
- Skąd. Nie jest drażliwe ani trochę. Natomiast… nie chcę nikomu niczego narzucać, po to mamy wolną wolę, by dokonywać swoich wyborów niezależnie od drogowskazów jakie widzimy po drodze. Chciałabym żeby wszystkim żyło się na świecie dobrze, pomogłabym każdemu kto by o to poprosił… ale nie każdemu da się pomóc. Nie każdy tego chce. Na siłę to nie ma nawet sensu. A ja nie jestem po to, by zadowolić wszystkich, tak się po prostu nie da. I nawet bym nie chciała, jak się wszyscy lubią to znaczy że gdzieś po drodze został popełniony błąd, że nie ma się charakteru... Bo jak wiadomo wszem i wobec, to co jest do wszystkiego, jest do niczego, dlatego że w niczym nie błyszczy – może dlatego wydawało się, że inaczej zareagowała, że drażliwie. Ale to była tylko złuda zresztą zupełnie niezamierzona. Guinevere naprawdę była ze sobą pogodzona. Znalazła swoją drogę i to nią podążała, nie rozglądając się na boki czy może tam byłoby lepiej. Nie. Wiedziała że nie będzie. - A ja lubię błyszczeć – i puściła do Laurenta perskie oko.
*iluminacja – tak w Uagadou nazywa się transmutację