13.09.2023, 03:05 ✶
Florence ostatnie dni poświęcała głównie na dwie rzeczy. Dyżury w Mungu – jeszcze częstsze niż zwykle, bo po Beltane mieli więcej pacjentów niż zazwyczaj – oraz poszukiwanie informacji na temat stanu Zimnych. Doszła jedynie do tego, że fakt, że w przypadku Atreusa potrzeba było rytuału, a w przypadku innych niekoniecznie, i że on omal nie wszedł w ten ogień, miał zapewne coś wspólnego z tym, że tamci w Limbo zostali wystawieni na jakiś… dodatkowy efekt. Coś, co pozwoliło im uzupełnić brakującą energię.
I bardzo ją frustrowało, że w żadnej z grubych ksiąg w Alei Horyzontalnej, nie znalazła odpowiedzi na żadne ze swoich pytań.
Mimo bycia zajętą, przyjęła jednak zaproszenie do ciotki. Florence mogła zdawać się zdystansowana, ale dbała o swoją rodzinę, a chociaż Lavinia była nieco zbyt marudząca i nadmiernie troskliwa, nawet wedle standardów panny Bulstrode, to… była też chyba trochę samotna. Spędzenie wieczoru w jej domu nie było wielkim poświęceniem. Florence ze spokojem znosiła więc wszystkie wypowiedzi, popijała herbatę, pozwalała się obejmować, opowiadała o szpitalu i co najwyżej raz albo dwa pozwoliła sobie na nieco uszczypliwą uwagę, w tym wtedy, kiedy ciotka poruszyła dyżurny temat większości starszych członków rodziny. Czyli kiedy – wreszcie – znajdziesz – sobie – kawalera – Florence. Chyba ta uszczypliwość zadziałała, bo ciocia się speszyła i szybko zmieniła temat.
– Na całe szczęście, dostałeś dwie porcje – stwierdziła z odrobiną rozbawienia. Ona sama raczej unikała mięsa, a ciotka uparcie jej takie podtykała, powtarzając, że Florence jest za chuda. A nie była: nigdy się nie głodziła, po prostu jadła coś innego. Chciała nawet dodać coś jeszcze, ale wtedy rozległ się skrzek.
Odruchowo też zacisnęła palce na różdżce, ale nawet jej nie uniosła. I nie, nie próbowała wyjść do przodu, pozwoliła, by Atreus wyszedł na tę pierwszą linię. Nie była nigdy wojowniczką, a jej bracia owszem, i nawet jeżeli wolałaby, aby się nie narażali, w sytuacji zagrożenia zapewne pozwoliłaby im walczyć, sama gotowa potem ich poskładać.
Zaraz jednak uniosła lekko brwi, początkowo zaskoczona widokiem zarówno kobiety, jak i lelka, którego trzymała w klatce. Chwilę później, kiedy ta wygłosiła złowrogą przepowiednię, do serca Florence wkradł się jednak niepokój. Tak, ta kobieta wyglądała jak szalona, ale Szeptucha też zdawała się szalona. A jej przepowiednia, wypowiedziana podczas Ostary, nawet teraz dźwięczała Bulstrode w uszach. To, co powiedział o niej Patrick, także nie dawało jej spokoju. Z rozkojarzenia wyrwał ją dopiero głos brata. Skierowała na niego uważne spojrzenie jasnych oczu.
– Ależ skąd, Atreusie, doznałam nagłego i przedziwnego ataku ślepoty – powiedziała łagodnie. Ale niepokój wciąż tlił się gdzieś na dnie jej duszy i…
Florence zamrugała.
Próbując spojrzeć w przód.
Tak na wszelki wypadek.
I bardzo ją frustrowało, że w żadnej z grubych ksiąg w Alei Horyzontalnej, nie znalazła odpowiedzi na żadne ze swoich pytań.
Mimo bycia zajętą, przyjęła jednak zaproszenie do ciotki. Florence mogła zdawać się zdystansowana, ale dbała o swoją rodzinę, a chociaż Lavinia była nieco zbyt marudząca i nadmiernie troskliwa, nawet wedle standardów panny Bulstrode, to… była też chyba trochę samotna. Spędzenie wieczoru w jej domu nie było wielkim poświęceniem. Florence ze spokojem znosiła więc wszystkie wypowiedzi, popijała herbatę, pozwalała się obejmować, opowiadała o szpitalu i co najwyżej raz albo dwa pozwoliła sobie na nieco uszczypliwą uwagę, w tym wtedy, kiedy ciotka poruszyła dyżurny temat większości starszych członków rodziny. Czyli kiedy – wreszcie – znajdziesz – sobie – kawalera – Florence. Chyba ta uszczypliwość zadziałała, bo ciocia się speszyła i szybko zmieniła temat.
– Na całe szczęście, dostałeś dwie porcje – stwierdziła z odrobiną rozbawienia. Ona sama raczej unikała mięsa, a ciotka uparcie jej takie podtykała, powtarzając, że Florence jest za chuda. A nie była: nigdy się nie głodziła, po prostu jadła coś innego. Chciała nawet dodać coś jeszcze, ale wtedy rozległ się skrzek.
Odruchowo też zacisnęła palce na różdżce, ale nawet jej nie uniosła. I nie, nie próbowała wyjść do przodu, pozwoliła, by Atreus wyszedł na tę pierwszą linię. Nie była nigdy wojowniczką, a jej bracia owszem, i nawet jeżeli wolałaby, aby się nie narażali, w sytuacji zagrożenia zapewne pozwoliłaby im walczyć, sama gotowa potem ich poskładać.
Zaraz jednak uniosła lekko brwi, początkowo zaskoczona widokiem zarówno kobiety, jak i lelka, którego trzymała w klatce. Chwilę później, kiedy ta wygłosiła złowrogą przepowiednię, do serca Florence wkradł się jednak niepokój. Tak, ta kobieta wyglądała jak szalona, ale Szeptucha też zdawała się szalona. A jej przepowiednia, wypowiedziana podczas Ostary, nawet teraz dźwięczała Bulstrode w uszach. To, co powiedział o niej Patrick, także nie dawało jej spokoju. Z rozkojarzenia wyrwał ją dopiero głos brata. Skierowała na niego uważne spojrzenie jasnych oczu.
– Ależ skąd, Atreusie, doznałam nagłego i przedziwnego ataku ślepoty – powiedziała łagodnie. Ale niepokój wciąż tlił się gdzieś na dnie jej duszy i…
Florence zamrugała.
Próbując spojrzeć w przód.
Tak na wszelki wypadek.
Rzut Z 1d100 - 38
Slaby sukces...
Slaby sukces...