13.09.2023, 06:33 ✶
- Bo pracuję – ucięła, rozwiewając wątpliwości przynajmniej co do tej jednej rzeczy. Znaczy, nadal miała swój stołek w Ministerstwie i co za tym szło – chyba nie szykowały się żadne zmiany w tym zakresie? Chyba że faktycznie, miała na horyzoncie wizję zmiany pracy, ale… nie, wtedy mogłaby użyć innego sformułowania, zapewne. Jak, chociażby, „już niedługo”.
Uniosła brew, gdy zadeklarował się z tym przychodzeniem częściej. Naprawdę? Ciekawe, bo…
… ale to chwileczkę musiało poczekać, bowiem obok pojawił się kolejny klient i rozpromieniła się w jego kierunku niczym małe słoneczko, co zdecydowanie stanowiło bardzo wyraźny kontrast między tym, jak traktowała Patricka a tamtego gościa. Słoneczko to bardzo szybko zgasło, gdy po chwili ponownie zwróciła się w stronę mężczyzny.
- Steward. Zapraszasz mnie na kawę, potem mi mówisz, że o kawie pamiętasz, a potem cię widzę, jak się najwyraźniej oświadczasz. A teraz mi znowu ględzisz o herbacie i jeszcze mi mówisz, że przychodziłbyś tu częściej. Po co? Ona w ogóle wie? – spytała dość ostrym tonem, może nawet ostrzejszym niż zamierzała. Bo tak, ta deklaracja, wbrew pozorom, trochę ją wytrąciła z równowagi. Bo nie była Clare, ale Alanną, a jednak, jednak…
Pani Księżyca, to twoja łaska czy przekleństwo?
W każdym razie, chyba wyszło, gdzie pies był pogrzebany – czyżby poczytała zachowanie, słowa Patricka za coś więcej niż tylko zwykłe spotkanie nad filiżanką napoju? Nie składał żadnych deklaracji, a jednak… jednak się złościła. Jakby się właśnie okazywało, że tak naprawdę należy do tych dwulicowych mężczyzn, którzy gruchają z jedną panienką, a za jej plecami robią słodkie oczy do innej. I nic, że była to na dobrą sprawę hipokryzja – przecież sama zrobiła coś podobnego, nawet jeśli „ten drugi” został jej narzucony i nie znajdowała w sobie żadnych ciepłych uczuć dla małżonka.
Cóż, zazdrość potrafiła przyćmić rozsądek, a może i też najzwyczajniej w świecie straciła czujność?
Wiem cisnęło się na wargi, ale zmilczała, odwróciła się – w końcu była w pracy, tak? Nie ten klient, to kolejny, tu trzeba nalać, tu zgarnąć knuty i sykle, tam przetrzeć szklanicę ścierką…
- Zdefiniuj „później” – burknęła po chwili. Przed wnoszeniem wianków na pale? Po nich? A może jeszcze później – choć trudno to nazwać ciekawym. Bardziej: okropnym. I jeszcze ta gryząca świadomość, że miała w tym swój udział...
Uniosła brew, gdy zadeklarował się z tym przychodzeniem częściej. Naprawdę? Ciekawe, bo…
… ale to chwileczkę musiało poczekać, bowiem obok pojawił się kolejny klient i rozpromieniła się w jego kierunku niczym małe słoneczko, co zdecydowanie stanowiło bardzo wyraźny kontrast między tym, jak traktowała Patricka a tamtego gościa. Słoneczko to bardzo szybko zgasło, gdy po chwili ponownie zwróciła się w stronę mężczyzny.
- Steward. Zapraszasz mnie na kawę, potem mi mówisz, że o kawie pamiętasz, a potem cię widzę, jak się najwyraźniej oświadczasz. A teraz mi znowu ględzisz o herbacie i jeszcze mi mówisz, że przychodziłbyś tu częściej. Po co? Ona w ogóle wie? – spytała dość ostrym tonem, może nawet ostrzejszym niż zamierzała. Bo tak, ta deklaracja, wbrew pozorom, trochę ją wytrąciła z równowagi. Bo nie była Clare, ale Alanną, a jednak, jednak…
Pani Księżyca, to twoja łaska czy przekleństwo?
W każdym razie, chyba wyszło, gdzie pies był pogrzebany – czyżby poczytała zachowanie, słowa Patricka za coś więcej niż tylko zwykłe spotkanie nad filiżanką napoju? Nie składał żadnych deklaracji, a jednak… jednak się złościła. Jakby się właśnie okazywało, że tak naprawdę należy do tych dwulicowych mężczyzn, którzy gruchają z jedną panienką, a za jej plecami robią słodkie oczy do innej. I nic, że była to na dobrą sprawę hipokryzja – przecież sama zrobiła coś podobnego, nawet jeśli „ten drugi” został jej narzucony i nie znajdowała w sobie żadnych ciepłych uczuć dla małżonka.
Cóż, zazdrość potrafiła przyćmić rozsądek, a może i też najzwyczajniej w świecie straciła czujność?
Wiem cisnęło się na wargi, ale zmilczała, odwróciła się – w końcu była w pracy, tak? Nie ten klient, to kolejny, tu trzeba nalać, tu zgarnąć knuty i sykle, tam przetrzeć szklanicę ścierką…
- Zdefiniuj „później” – burknęła po chwili. Przed wnoszeniem wianków na pale? Po nich? A może jeszcze później – choć trudno to nazwać ciekawym. Bardziej: okropnym. I jeszcze ta gryząca świadomość, że miała w tym swój udział...