Była dorosłą osobą, która sama mogła podejmować za siebie decyzje (a przynajmniej ich część… tak długo jak jej rodzina nie wymyśliła sobie czegoś konkretnego i nie trzasnęła ręką), wiedziała, że Zakazany Las jest zakazany z nazwy nie po to, by kusić uczniów, żeby się tam wymykali, a po prostu żyły tutaj różne stworzenia, a część z nich była niebezpieczna; na domiar wszystkiego czasami faktycznie kręcili się tutaj kłusownicy. Dlatego na tę umawianą randkę z Brenną była całkowicie gotowa, że zupełnym przypadkiem mogą się na coś albo na kogoś natknąć. Brenna nie musiała zupełnie się czuć odpowiedzialna za Victorię, skoro przyszła tutaj z własnej i nieprzymuszonej woli, i była to całkowicie (wbrew temu, co gadała na początku) trzeźwa decyzja. Ba! Nawet nie musiała mieć tego odczucia, jak czasami ludzie mają względem swoich młodszych znajomych, że trzeba się nimi zaopiekować – bo to Victoria była ta starsza. O kilka miesięcy, ale jednak.
Mężczyzna musiał się zorientować, że jest na celowniku, zresztą nic dziwnego, bo Victoria z tą kostką nie była zgrabną baletnicą, a słoniem w składzie porcelany. Odwrócił się, kiedy wypaliła swoje zaklęcie, które zrobiło dokładnie tyle: nic, a w odpowiedzi i on chciał ją czymś potraktować. Tyle, że tym razem to on nie zdążył nic zrobić, bo oplotła go sieć… i wylądował na ziemi. Victoria za to zrozumiała, że to musiała być Brenna. Nie widziała jej, za to usłyszała jakiś okrzyk, nieco przytłumiony i kątem oka dostrzegła, że w tamtym kierunku… chyba jest jakaś dziura. Później będzie czas na jakieś dziwnie się.
I tak – to była kolejna związana osoba, którą należało pozbawić różdżki, a był jeszcze ten trzeci…
Byle nie zwiał. Więc w trzeciego, czołgającego się wycelowała tym razem Victoria by i jego oplatać więzami i unieruchomić. Ewidentnie nie miał różdżki, bo już by się teleportował, albo kontratakował. Tym razem zaklęcie podziałało jak należy i mężczyzna został ciasno opleciony linami, niczym dorodny baleron, tak, że wlasciwie nawet zbytnio nie mógł się czołgać. I wtedy wycelowała w tego, który został opleciony przez zaklęcie Brenny. Ciśnieniem powietrza chciała wytrącić mu z ręki różdżkę, żeby mieć pewność, że nie zrobi niczego śmiesznego.
I różdżka, ku jego rozpaczy, wypadła mu z dłoni, pięknym łukiem lecąc… gdzieś w krzaki.
- To chyba nie jest wasz szczęśliwy dzień, panowie – Victoria brzmiała na poirytowaną, bo była zirytowana. Trójka facetów psuła jej dzień i możliwość powzdychania do jednorożców. - Brenn, żyjesz?! – rzuciła jeszcze, skoro wszystko wyglądało na to, że sytuacja jest zupełnie pod kontrolą.
Kształtowanie:
Sukces!
Sukces!