13.09.2023, 15:12 ✶
– Kiedy jesteś medykiem i klątwołamaczem zdumiewająco wielu ludzi, w tym znajomych, spotykasz głównie w takich okolicznościach – powiedziała Florence, posyłając Geraldine uśmiech. Zaraz jednak spoważniała, już całkowicie skupiona na odpowiednim rozstawieniu świec oraz rytuale. – Mam wielką nadzieję, że dojdę do perfekcji, bo po Beltane wiele par ma ten problem. Dla niektórych to zapewne miłe doświadczenie, a i prawdopodobnie są tacy, którzy pod jego wpływem faktycznie się pokochają. Ale dla wielu osób to raczej przekleństwo niż błogosławieństwo.
Miała okazję się przekonać, że nawet jeżeli danym osobom na sobie zależy, rytuał może przeszkadzać. Sauriel i Victoria przecież zaraz po jego zerwaniu pognali na randkę, oznaczało to, że coś faktycznie między nimi było. Tymczasem Rookwood zdawał się wręcz zdesperowany, by się uwolnić od odczuć związanych z Beltane.
Każdy przypadek był tutaj… bardzo specjalny.
– Możesz się ruszać, ale nie wychodź proszę z kręgu. To przerwie całą procedurę – dodała, kiedy kobieta weszła już do środka. Florence wyczarowała maseczkę dla siebie. Nie było to absolutnie konieczne, ale chciała zachować pełne skupienie i nie pozwolić, aby zapach dymu magicznych świec ją rozpraszał.
Stanęła za Geraldine. Postanowiła spróbować tej samej procedury, co w przypadku Sauriela i Victorii, zmienionej jedynie nieznacznie, przez wzgląd na brak partnerka kobiety. Odpaliła pierwszą świecę, szepcąc zaklęcia. A potem obeszła krąg w kierunku przeciwnym do wskazówek zegara, odpalając kolejne świece, i nad każdą rzucając właściwy czar. Dym zaczął wypełniać pomieszczenie. Geraldine poczuła jego zapach i faktycznie trochę odurzał. Nie na tyle, by nie dała rady wstać, czy żeby zrobiło się jej niedobrze, ale wystarczająco, aby odrobinę przytłumić zmysły. Jeżeli otworzyłaby oczy, po chwili widziałaby głównie dym i poruszająca się za nim sylwetkę Florence, teraz niewyraźną, trochę zamazaną. Słyszała cichy głos Bulstrode, gdy ta recytowała inkantacje, ale nie byłaby w stanie rozpoznać słów.
W pewnym momencie Florence machnęła różdżką, a dym przestał ulatywać w górę, wypełniać salon, lecz ze wszystkich kierunków poleciał ku Geraldine, owionął ją, zatańczył wokół jej ciała. Przez ułamek sekundy widziała uśmiech Jonathana, wianek, który jej wręczył…
…a potem jego postać nagle się rozwiała.
Siedząc w kręgu ciężko było powiedzieć, ile to trwało, choć gdyby Yaxley zerknęła na zegarek, uświadomiłaby sobie, że minęło jakieś dwadzieścia pięć minut od chwili, w której weszła do kręgu, do momentu, w którym świece wygasły. Lekko kręciło się jej w głowie, ale nie było to mocne uczucie. Świece wypaliły się niemal doszczętnie, pozostała po nich zaledwie odrobina wosku.
Florence znów machnęła różdżką, otwierając w ten sposób okno i pozwalając, żeby do środka wpadło świeże powietrze.
– Jak się czujesz? Na tyle, na ile mogę ocenić… wszystko przebiegło poprawnie.
Miała okazję się przekonać, że nawet jeżeli danym osobom na sobie zależy, rytuał może przeszkadzać. Sauriel i Victoria przecież zaraz po jego zerwaniu pognali na randkę, oznaczało to, że coś faktycznie między nimi było. Tymczasem Rookwood zdawał się wręcz zdesperowany, by się uwolnić od odczuć związanych z Beltane.
Każdy przypadek był tutaj… bardzo specjalny.
– Możesz się ruszać, ale nie wychodź proszę z kręgu. To przerwie całą procedurę – dodała, kiedy kobieta weszła już do środka. Florence wyczarowała maseczkę dla siebie. Nie było to absolutnie konieczne, ale chciała zachować pełne skupienie i nie pozwolić, aby zapach dymu magicznych świec ją rozpraszał.
Stanęła za Geraldine. Postanowiła spróbować tej samej procedury, co w przypadku Sauriela i Victorii, zmienionej jedynie nieznacznie, przez wzgląd na brak partnerka kobiety. Odpaliła pierwszą świecę, szepcąc zaklęcia. A potem obeszła krąg w kierunku przeciwnym do wskazówek zegara, odpalając kolejne świece, i nad każdą rzucając właściwy czar. Dym zaczął wypełniać pomieszczenie. Geraldine poczuła jego zapach i faktycznie trochę odurzał. Nie na tyle, by nie dała rady wstać, czy żeby zrobiło się jej niedobrze, ale wystarczająco, aby odrobinę przytłumić zmysły. Jeżeli otworzyłaby oczy, po chwili widziałaby głównie dym i poruszająca się za nim sylwetkę Florence, teraz niewyraźną, trochę zamazaną. Słyszała cichy głos Bulstrode, gdy ta recytowała inkantacje, ale nie byłaby w stanie rozpoznać słów.
W pewnym momencie Florence machnęła różdżką, a dym przestał ulatywać w górę, wypełniać salon, lecz ze wszystkich kierunków poleciał ku Geraldine, owionął ją, zatańczył wokół jej ciała. Przez ułamek sekundy widziała uśmiech Jonathana, wianek, który jej wręczył…
…a potem jego postać nagle się rozwiała.
Siedząc w kręgu ciężko było powiedzieć, ile to trwało, choć gdyby Yaxley zerknęła na zegarek, uświadomiłaby sobie, że minęło jakieś dwadzieścia pięć minut od chwili, w której weszła do kręgu, do momentu, w którym świece wygasły. Lekko kręciło się jej w głowie, ale nie było to mocne uczucie. Świece wypaliły się niemal doszczętnie, pozostała po nich zaledwie odrobina wosku.
Florence znów machnęła różdżką, otwierając w ten sposób okno i pozwalając, żeby do środka wpadło świeże powietrze.
– Jak się czujesz? Na tyle, na ile mogę ocenić… wszystko przebiegło poprawnie.