Cameron szedł na przodzie ich trzyosobowego pochodu, starając się dotrzymać kroku Rookwoodowi. Nie było to jednak łatwe zadanie. Ciężko mu było poukładać sobie w głowie, gdzie spędzili te ostatnie kilka godzin. Lub raczej, gdzie ich nie spędzili. Przez ten cały spacer do parku miał wrażenie, że został lekkich zaburzeń równowagi, toteż ciężko mu było iść prosto. Zamiast przemierzać chodnik, jak człowiek, to szedł środkiem i to na dodatek slalomem, przechylając się raz w prawo, raz w lewo.
Ale bym wpierdolił takiego kebsa teraz, pomyślał, prezentując tym samym, jak wyglądała tej nocy jego lista priorytetów. Wrócił nawet myślami do tej pięknej paczuszki, jaką dostał na początku miesiąca od Charlesa. Czasami miał wrażenie, że dba o niego lepiej niż jego własna matka, która przy każdym obiedzie próbowała wepchnąć mu jakieś warzywka. Z Charliem to było jednak inaczej... I właśnie wszedł w konflikt z jedną z tutejszych ławek.
Młody Krukon obrócił się na pięcie, prawie wywracając się na ziemie. Przeszedł parę kroków do przodu i nachylił się do ich nowego arcywroga, podpierając się dłonią o ramię Charlesa. Wycelował w ławkę palec, układając w głowie ostrzeżenie, a może raczej groźbę.
— Będziemy się z tobą napierdalać, jak zaczniesz podskakiwać — wyjąkał, machając palcem wskazującym to w jedną to w drugą stronę. Zrobił jeszcze jeden krok do przodu, jakby szukał zaczepki. — No... Napierdalasz się z nas?
Parkowe siedzisko pozostawało niewzruszone na jego pytania, najwyraźniej bojąc się tego, co może wyniknąć z potencjalnej konfrontacji. Cameron pokiwał z zadowoleniem głową i splunął gdzieś na bok, wyraźnie zadowolony z tego, że udało mu się wywrzeć taki efekt. Dopiero gdy zaczęli szukać Heather, zwrócił uwagę, że ta gdzieś zniknęła. Rozejrzał się dookoła, krzywiąc się od światła pobliskiej latarni miejskiej.
— RUUUUUUUUUDA! — krzyknął, nie robiąc sobie nic z tego, że był środek nocy. Przecież ich nie aresztują. A nawet jak spróbują, to przecież mogli bardzo łatwo zniknąć. Najwyżej się trochę rozszczepią. Najwyżej się naprawią. — Wracaj tu, ty wredziocho ty...
Na dźwięk charakterystycznego odgłosu godowego tutejszego predatora, pognał do krzaków, prawie się wywracając. Z początku odzyskał równowagę, ale po chwili i tak wylądował na ziemi, gdy Charles na niego upadł. Cameron odtoczył się lekko w bok i wymierzył oszołomione spojrzenie z gęsią.
— Ona chyba nie chce cię brać w ten sposób, Charlie — zwrócił uwagę, śmiejąc się do siebie, jak głupi. — Ale jest słodziutka. Chyba że też będzie się z nas napierdalać. No, gęsio? Napierdalasz się z nas?
Ponownie sięgnął po swoją najcenniejszą broń, jaką był palec wskazujący. Wycelował go w zwierzę. Nie minęły nawet trzy sekundy, a ślepia predatora zmieniły się w rozżarzone węgielki, które po chwili przekształciły się w pełne nienawiści kurwiki. Zwierzak rzucił się do palca Lupina, wyraźnie chcąc mu go odgryźć.
— AAAAA! KURWA! — ryknął Cameron, w ostatniej chwili cofając rękę. Mimo to poczuł widmo gęsiego dzioba na swoim palcu. Pytanie tylko, jaki będzie kolejny ruch i przeciwnika?