13.09.2023, 22:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2023, 22:50 przez Florence Bulstrode.)
Przeklęta, czy co?
Te słowa rozbrzmiały w głowie Florence nim Atreus jeszcze je wypowiedział.
- Nie próbuj au… - zaczęła, zwracając na brata spojrzenie, ale ledwo jej wzrok na niego padł, zrozumiała już, że jest za późno, zresztą od razu wypowiedział to samo zdanie, które przewidziała Bulstrode. Przemieściła się nieco, chcąc spojrzeć mu w twarz, w zamglone oczy i ocenić, jak poważna jest sytuacja. Nie pchała się od razu z różdżką i dłońmi, świadoma, że Atreus niezbyt lubił oddawać się w ręce uzdrowicieli, nawet (a może zwłaszcza) swojej własnej siostry.
– Poczekajmy – zgodziła się bez oporów, a głos jej złagodniał. Oczywiście, że wiedziała, jak to jest, było to uczucie dobrze znane każdemu z rodzeństwa Bulstrode. Jednym z najbardziej zawstydzających wspomnień jej młodości był ten dzień, kiedy obraz zamazał się przed oczami w nieodpowiednim momencie i próbowała wyjść przez zamknięte drzwi. Wiedziała też, że niemiłe sensacje powinny ustąpić w ciągu kilku minut. – Jeżeli się nie poprawi, powiedz, spróbujemy z czarami – dodała jeszcze, przystając przy pobliskim płocie.
Nawoływania dzieci ściągnęły jej uwagę. Na widok tego, co wyprawiały, aż się zatrząsła wewnętrznie. Florence nie tolerowała takich zabaw i nie interesowało ją, czy to dzieci mugolskie czy czarodziejskie: ktoś dorosły i odpowiedzialny musiał położyć kres tej zabawie. Postąpiła dwa kroki w ich stronę, gotowa dosadnie i stanowczo wyjaśnić im, że powinny znaleźć sobie inne rozrywki, kiedy… jedna z cegieł pofrunęła prosto w głowę jej brata.
– Atreus! – krzyknęła, a Florence krzyczała bardzo, bardzo rzadko. Rzuciła się ku bratu z szybkością, z jaką chyba ostatni raz biegała przed dwoma laty po mugolskim Londynie, pewna, że jeśli się nie pośpieszy, może znaleźć trupa Patricka Stewarda. Wyciągnęła ręce, by podtrzymać brata i pomóc mu usiąść wprost na chodniku – był od niej dobre dwanaście centymetrów wyższy, a one nie ćwiczyła wiele, więc nie mogłaby po prostu bez problemów utrzymać go w pozycji stojącej. – Nie ruszaj się – wyszeptała, sięgając po różdżkę. Nie dbała w tej chwili o to, że ktoś coś może zobaczyć, ale po prawdzie… nie było i na to szans. Dzieci, przerażone tym, co zrobiły, rozpierzchły się, znikły jak sen złoty, byleby uniknąć kary. Florence wyszeptała inkantację Vulnera Sanentur, raz, drugi, trzeci, poruszając różdżką przed twarzą brata. Ostrożnie przesunęła jeszcze palcami po czaszce, upewniając się, że nie powstały żadne poważniejsze uszkodzenia, wymagające silniejszych czarów. Rana zaczęła się goić… A Florence sięgnęła czym prędzej do swojej torby, błogosławiąc fakt, ze zawsze, absolutnie zawsze, miała przy sobie jakiś leczniczy eliksir. Magia po prostu nie zapewniłaby trwałego efektu. – Niech tylko porozmawiam z ich rodzicami – wyszeptała, spoglądając znów na brata, już z fiolką w ręku. Co gdyby tu był sam? Oto auror, łowca czarnoksiężników… mógłby zginąć zabity… cegłą, rzuconą przez siedmiolatka![/b]
Te słowa rozbrzmiały w głowie Florence nim Atreus jeszcze je wypowiedział.
- Nie próbuj au… - zaczęła, zwracając na brata spojrzenie, ale ledwo jej wzrok na niego padł, zrozumiała już, że jest za późno, zresztą od razu wypowiedział to samo zdanie, które przewidziała Bulstrode. Przemieściła się nieco, chcąc spojrzeć mu w twarz, w zamglone oczy i ocenić, jak poważna jest sytuacja. Nie pchała się od razu z różdżką i dłońmi, świadoma, że Atreus niezbyt lubił oddawać się w ręce uzdrowicieli, nawet (a może zwłaszcza) swojej własnej siostry.
– Poczekajmy – zgodziła się bez oporów, a głos jej złagodniał. Oczywiście, że wiedziała, jak to jest, było to uczucie dobrze znane każdemu z rodzeństwa Bulstrode. Jednym z najbardziej zawstydzających wspomnień jej młodości był ten dzień, kiedy obraz zamazał się przed oczami w nieodpowiednim momencie i próbowała wyjść przez zamknięte drzwi. Wiedziała też, że niemiłe sensacje powinny ustąpić w ciągu kilku minut. – Jeżeli się nie poprawi, powiedz, spróbujemy z czarami – dodała jeszcze, przystając przy pobliskim płocie.
Nawoływania dzieci ściągnęły jej uwagę. Na widok tego, co wyprawiały, aż się zatrząsła wewnętrznie. Florence nie tolerowała takich zabaw i nie interesowało ją, czy to dzieci mugolskie czy czarodziejskie: ktoś dorosły i odpowiedzialny musiał położyć kres tej zabawie. Postąpiła dwa kroki w ich stronę, gotowa dosadnie i stanowczo wyjaśnić im, że powinny znaleźć sobie inne rozrywki, kiedy… jedna z cegieł pofrunęła prosto w głowę jej brata.
– Atreus! – krzyknęła, a Florence krzyczała bardzo, bardzo rzadko. Rzuciła się ku bratu z szybkością, z jaką chyba ostatni raz biegała przed dwoma laty po mugolskim Londynie, pewna, że jeśli się nie pośpieszy, może znaleźć trupa Patricka Stewarda. Wyciągnęła ręce, by podtrzymać brata i pomóc mu usiąść wprost na chodniku – był od niej dobre dwanaście centymetrów wyższy, a one nie ćwiczyła wiele, więc nie mogłaby po prostu bez problemów utrzymać go w pozycji stojącej. – Nie ruszaj się – wyszeptała, sięgając po różdżkę. Nie dbała w tej chwili o to, że ktoś coś może zobaczyć, ale po prawdzie… nie było i na to szans. Dzieci, przerażone tym, co zrobiły, rozpierzchły się, znikły jak sen złoty, byleby uniknąć kary. Florence wyszeptała inkantację Vulnera Sanentur, raz, drugi, trzeci, poruszając różdżką przed twarzą brata. Ostrożnie przesunęła jeszcze palcami po czaszce, upewniając się, że nie powstały żadne poważniejsze uszkodzenia, wymagające silniejszych czarów. Rana zaczęła się goić… A Florence sięgnęła czym prędzej do swojej torby, błogosławiąc fakt, ze zawsze, absolutnie zawsze, miała przy sobie jakiś leczniczy eliksir. Magia po prostu nie zapewniłaby trwałego efektu. – Niech tylko porozmawiam z ich rodzicami – wyszeptała, spoglądając znów na brata, już z fiolką w ręku. Co gdyby tu był sam? Oto auror, łowca czarnoksiężników… mógłby zginąć zabity… cegłą, rzuconą przez siedmiolatka![/b]