Smoczoognik pozbawiony swej chwilowej zdobyczy odleciał na bok i wylądował na półce, z której doskonale sięgał do skórzanych frędzli, zwisających z rękawów wiszącej obok kurtki. Mały potworek chwycił je swoją "paszczą" i zaczął szarpać, jakby chciał je urwać. Naturalnie, siła tak małej jaszczurki była zbyt mała, by wyrządzić jakiekolwiek szkody skórze dobrej jakości, więc starania Beksy były co najwyżej uroczą zabawą.
- On uwielbia palić. - rzucił, przenosząc wzrok na samego Smoczoognika. - Zazwyczaj moje włosy albo moje notatki z wymiarami. Okazyjnie dekoruje mi marynarki dziurami i już dwa razy nieomal spowodował pożar tego zakładu. - przerwał sobie na chwilę i uśmiechnął się pod nosem. - Mają to w naturze. Prawie jak małe smoki. - mruknął bardziej do siebie, niż do kobiety.Wrócił do niej spojrzeniem i pokiwał zadowolony głową. Miał rację. Jak każdy - lubił mieć rację, ale tym bardziej, gdy wywodziła się ona z nietypowych obserwacji. Takich jak właśnie te daleko wysunięte wnioski na podstawie... obuwia. Tak, jakby korzystał z jakiejś wiedzy, która dla innych była niedostępna. A to była bardzo prosta do wydedukowania rzecz.
- Zboczenie zawodowe. - odparł, odpychając się rękami od lady. Zaśmiał się lekko i podszedł do stojącej na małym taborecie miski, w której znajdowała się woda. - Żaden skórzany przedmiot mi nie umknie. A szczególnie przedmiot wykonany ze smoczej skóry. - mówił i obmywał ręce, więc stał teraz odwrócony plecami do blondynki. - Niektórzy powiedzieliby, że zrobienie takich butów z takiego materiału, to jak herezja. Zaślepieni są pieniądzem. To piękne buty, które będą dobrze służyć. Osoba nosząca coś takiego ma najpewniej doskonałe powody, by to robić. - zakończył mycie i nawet wycieranie rąk w leżącą nieopodal ścierkę. Wrócił do lady, widząc że klientka chce zapalić.- Jasne, proszę. - odparł, podsuwając jej bliżej popielniczkę z czaszki Tycigryfka. - Beksa, odpal pani szluga. - rzucił tak luźno, jakby jaszczurka miała go zrozumieć. I nawet spojrzał na nią tylko na ułamek sekundy, jakby dać znać, że do niej mówi. Ale Smoczoognik nawet nie drgnął. - Beksa, ogień. - odezwał się nagle Esmé głosem niższym, stanowczym, a z jego spojrzenia, można było przysiąc, znikła iskra. Wystawił także otwartą dłoń w stronę potworka, który... nagle wzbił się w powietrze i na niej wylądował, wystawiając swój ogon do góry. Czarodziej przeniósł wzrok na blondynkę i uśmiechnął się delikatnie. Oczywiście, że jedyne przy czym się postarał w opiece nad Beksą, to zagwarantowanie, żeby ten mu się przydał z tym podpalaniem różnych rzeczy. Po co czarować ogień, gdy Beksa był pod ręką? Wystarczyło go wyszkolić. Łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić, dlatego "Beksa, ogień", to była jedyna komenda, jaką Beksa znał. Tak czy inaczej, Beksa właśnie oferował swoje iskry z ogona, by podpalić papierosa kobiety. Niezależnie czy kobieta skorzystała, czy nie, to Beksa długo w tej pozycji nie ustał i w po kilku sekundach wzbił się w powietrze i wylądował na ramieniu Esmé.
Konkrety. Konkrety sprawiły, że czarodziej zdjął swoją teatralną maskę na moment i spoważniał, patrząc teraz na blondynkę dosyć beznamiętnym spojrzeniem. Uśmiechnął się delikatnie, gdy wskazała, że Skóra i Kości to nie do końca sklep, ale też nie do końca pracownia. To się zgadzało.
- Głównie pracownia, lecz dużo tworzę także wtedy, gdy nie mam zamówień. Te rzeczy trafiają na witrynę, do sklepu. - bo gdyby nie to, że on musiał coś tworzyć, to wystarczyłaby sama pracownia. A tak to musiał trochę się cisnąć. Jego mały przybytek był dosyć ciasno zastawiony, ale nie na tyle, by było tutaj klaustrofobicznie. Było zdecydowanie... przytulnie.Dalej milczał, pozwalając kobiecie przedstawić całą ofertę. Pokiwał głową, gdy zamilkła i odsunął się nieco od lady, wyciągając z tylnej kieszeni czarną, skórzaną papierośnicę. W dodatku wygiętą, bo oczywiście na niej siedział. Otworzył ją i wyciągnął z niej kompletnie prostego, wręcz idealnego papierosa, którego wetknął sobie w usta. Tym razem Beksa nie musiał służyć, zamiast tego Esmé chwycił za hebanową różdżkę, która znajdowała się na blacie pod ladą - z dala od oczu klientów i szybko wystawił ją, by z jej pomocą wytworzyć mały ognik, którym podpalił papierosa. Odłożył różdżkę na swoje miejsce i chwilę przyglądał się kobiecie.
- Nie ma żadnego haczyka? - odezwał się, ale nie pozwolił jej nawet odpowiedzieć. - Jak widzisz, moja pracownia jest od strony Nokturnu, więc cieszy się sporadyczną klientelą o bardzo zróżnicowanym budżecie. Kobieta nosząca się w butach ze smoczej skóry z pewnością oferuje materiały najwyższej jakości i znacznej rzadkości. Nie musi wchodzić w interesy z kimś mojego pokroju. Chociaż mam się za wybitnego kaletnika i nieco mniej wybitnego rzemieślnika. - patrzył jej prosto w oczy, gdy to mówił. Interesy na Nokturnie nauczyły go ostrożności. Zresztą takie relacje... musiał się upewnić, że może jej zaufać. Szemrane towarzystwo bardzo ceniło sobie dyskrecję jaką oferował Esmé, a posiadanie konkretnego źródła materiałów narażało na łatwe odkrycie od kogo pochodzą pewne przedmioty wykorzystywane w różnych wątpliwie moralnych przedsięwzięciach.- Może najpierw powiesz mi, jak się nazywasz? Takie rzeczy chyba są podstawą w interesie, czyż nie? - uśmiechnął się nieco cwaniacko, wbijając jej małą szpilę. Jasne, była bezpośrednia i zdecydowanie przeszła do konkretów, ale... oferować komuś tak poważną współpracę, gdy nawet nie zna się jego godności? Było to nieco absurdalne dla Esmé. Jasne, nie zadawało się zbędnych pytań, ale to już nie była relacja w stylu klient-wykonawca. - Może zacznę. Esmé Rowle. Twoja kolej, piękna nieznajoma. - strzepnął popiół z papierosa i uśmiechnął się do niej.