14.09.2023, 02:21 ✶
Jasnowidzenie, niestety, bywało kapryśne. I dawało zaledwie niewielki wgląd w przyszłość. Niektórzy słysząc o jasnowidzach myśleli o przepowiedniach, zmieniających świat – i może i takie osoby faktycznie istniały. Ale znacznie więcej było takich jak Florence, zdolnych do odczytania zaledwie intencji i tylko wtedy, kiedy się na tym skupili… A niestety. Chociaż zwróciła uwagę na dzieci, na ich niebezpieczną zabawę, to nawet nie pomyślała o tym, by starać się ujrzeć, co kryje się w ich przyszłości. (A krył się w tej przyszłości cios cegłą w głowę jej brata.)
Był powód, dla którego lekarz nie powinien leczyć własnych krewnych – nie w poważnych przypadkach przynajmniej. W takich chwilach bardzo ciężko było wyciszyć emocje. I teraz Florence zwyczajnie się bała, bo doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że taki cios mógł doprowadzić do poważnych uszkodzeń albo nawet… zabić. Wiedziała, że praca jej braci jest niebezpieczna, wiedziała, co spotkało Atreusa podczas Beltane, ale co innego wiedzieć, a co innego widzieć, jak brat zostaje ranny na twoich oczach.
Mimo to nie pomyliła żadnej inkantacji i odetchnęła z prawdziwą ulgą, kiedy Atreus zaczął kląć. Bo skoro przeklinał, to znaczyło, że nie było aż tak źle. Wiedziała, że głowa będzie go bolała jeszcze przez dobrych parę godzin i że gdy tylko dotrą do domu, trzeba będzie podać na wszelki wypadek kolejną porcję eliksiru, ale dochodził do siebie i to było najważniejsze.
- Jestem pewna, że za uduszenie mugolskiego dziecka poszedłbyś do Azkabanu – powiedziała, pozwalając, aby wziął eliksir z jej palców i wypił jego zawartość. Mikstura miała zagwarantować, że za kilka minut Atreus znów nie zacznie krwawić. Florence sięgnęła do torby znowu, tym razem po chusteczkę, ale zanim zdążyła zetrzeć krew z jego twarzy – tak, pomyślała o tym, najstarsza z Bulstrodów po prostu nie mogła się powstrzymać – chwycił ją za dłoń.
Zdołała się nie wzdrygnąć. Gdyby to był kimś innym, być może tak by zrobiła, ale miała do czynienia ze swoim małym braciszkiem, więc pozwoliła mu ściskać tę rękę, i nawet czekała spokojnie aż puści, zamiast od razu zabrać się do usuwania krwi, plamiącej jego skórę.
– Wszystkie uciekły – dodała, łagodnym tonem, bo Florence łagodniała, kiedy jej krewnym działa się krzywda. – Chętnie porozmawiałabym z ich rodzicami, ale myślę, że powinieneś jak najszybciej wrócić do domu. Dasz radę dojść do punktu Fiuu?
Ona nie umiała się teleportować, a on… w takim stanie obawiała się, że skończyłoby się to rozszczepieniem. Inaczej posłałaby go przodem, a potem dalej poszła już w pojedynkę. Może po drodze pukając do jednego z pobliskich domów, aby uciąć sobie z rodzicami dzieci krótką pogawędkę na temat cegieł.
Był powód, dla którego lekarz nie powinien leczyć własnych krewnych – nie w poważnych przypadkach przynajmniej. W takich chwilach bardzo ciężko było wyciszyć emocje. I teraz Florence zwyczajnie się bała, bo doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że taki cios mógł doprowadzić do poważnych uszkodzeń albo nawet… zabić. Wiedziała, że praca jej braci jest niebezpieczna, wiedziała, co spotkało Atreusa podczas Beltane, ale co innego wiedzieć, a co innego widzieć, jak brat zostaje ranny na twoich oczach.
Mimo to nie pomyliła żadnej inkantacji i odetchnęła z prawdziwą ulgą, kiedy Atreus zaczął kląć. Bo skoro przeklinał, to znaczyło, że nie było aż tak źle. Wiedziała, że głowa będzie go bolała jeszcze przez dobrych parę godzin i że gdy tylko dotrą do domu, trzeba będzie podać na wszelki wypadek kolejną porcję eliksiru, ale dochodził do siebie i to było najważniejsze.
- Jestem pewna, że za uduszenie mugolskiego dziecka poszedłbyś do Azkabanu – powiedziała, pozwalając, aby wziął eliksir z jej palców i wypił jego zawartość. Mikstura miała zagwarantować, że za kilka minut Atreus znów nie zacznie krwawić. Florence sięgnęła do torby znowu, tym razem po chusteczkę, ale zanim zdążyła zetrzeć krew z jego twarzy – tak, pomyślała o tym, najstarsza z Bulstrodów po prostu nie mogła się powstrzymać – chwycił ją za dłoń.
Zdołała się nie wzdrygnąć. Gdyby to był kimś innym, być może tak by zrobiła, ale miała do czynienia ze swoim małym braciszkiem, więc pozwoliła mu ściskać tę rękę, i nawet czekała spokojnie aż puści, zamiast od razu zabrać się do usuwania krwi, plamiącej jego skórę.
– Wszystkie uciekły – dodała, łagodnym tonem, bo Florence łagodniała, kiedy jej krewnym działa się krzywda. – Chętnie porozmawiałabym z ich rodzicami, ale myślę, że powinieneś jak najszybciej wrócić do domu. Dasz radę dojść do punktu Fiuu?
Ona nie umiała się teleportować, a on… w takim stanie obawiała się, że skończyłoby się to rozszczepieniem. Inaczej posłałaby go przodem, a potem dalej poszła już w pojedynkę. Może po drodze pukając do jednego z pobliskich domów, aby uciąć sobie z rodzicami dzieci krótką pogawędkę na temat cegieł.