Mogła sprawiać wrażenie kobiety, która podrapie za jedno nieodpowiednie, wymierzone w nią słowo; która ostro zareaguje na wieści, które jej się nie spodobają. Które będą burzyć jej poukładany świat, będą stały w opozycji do jej zasad i prawd, jakie przyjmowała za jedyne i poprawne. Ale to było bardzo złudne wrażenie. Jej świat był poukładany tylko w tym kawałku, który był jej pracą, gdzie ważna była precyzja i skrupulatność, bo poza nim – bym czystym chaosem, nieporządkiem, który zupełnie jej nie wadził. Akceptowała bardzo wiele rzeczy, starając się ludzi nie oceniać, bo ich drogi i wybory usiane były różnymi wybojami, które popychały ich i zmuszały do tego, by czasami skręcić. A taki skręt niekoniecznie prowadził do ślepej uliczki… mógł wieść przez wydeptany gościniec, który wchodził w las… a następnie w moczary, wabiąc w gęsta mgłę, wprost na manowce na ogniki, które pragną tylko tego, by się pożywić głupim człowieczkiem. To co kusiło, co najpiękniejsze, najwcześniej było też najbardziej zepsute – wabiło nieostrożnych wędrowców. Takich pogubionych ludzi było na świecie bardzo wielu… a Guinevere, gdyby tylko jej pozwolić, chciałaby im pomóc odnaleźć właściwą ścieżkę. Mogła sprawiać wrażenie niedelikatnej, takiej, która tylko łaknie atencji – bo tak też mu powiedziała, że lubi błyszczeć… Tylko, że to była jednocześnie prawda i nieprawda. Lubiła błyszczeć wtedy, kiedy był na to czas i miejsce. Ale wtedy, gdy nie był – wolała oddać pola do błyszczenia drugiej osobie, tej, która w danej chwili bardziej tego potrzebowała. Ginny zupełnie nie miała z tym problemu, by ustąpić pola. Nic co robiła, nie robiła dla nagrody, dla poklasku. Dobrze, pracowała nie dla idei, a dla pieniędzy i dlatego, że ją to interesowało. Ale w relacjach międzyludzkich największą nagrodą dla niej było to, że druga osoba czuje się dobrze. Nie manipulowała słowem i gestem, by się przypodobać, być podziwianą i tak dalej. To robiła dla zabawy i kiedy wiedziała, że może sobie na to pozwolić. W innych wypadkach gładko przechodziła do tego by to drugiej osobie poświęcić uwagę.
– Dzień dobry – przywitała go, gdy pojawił się w drzwiach rezydencji. To nie był nie wiem jak bogaty i strojny dom – był za to przestronny, wybudowany na coś w literę U, by pomiędzy nóżkami litery znajdował się bardzo kwietny ogród, którym o dziwo nie zajmowała się na co dzień Halsey, a Malcolm McGonagall. Dom był urządzony raczej w nieco starym stylu, ale był bardzo zadbany. Mnóstwo obrazów, pięknych mebli… – Żaden problem – uśmiechnęła się do niego, wpuszczając Prewetta do środka. Dzisiaj była w zwiewnej, lekkiej sukience w kwiaty, uszytej z delikatnego szyfonu; kobalt i czerwień pięknie podkreślały jej opaloną skórę i urodę. Widziała, że Laurent na pewien sposób jest… Spięty. – Coś się stało? Mam nadzieję, że nie stresujesz się tak z mojego powodu? – zagaiła, prowadząc go na szerokie, dość wystawne schody, by stamtąd dostać się do przestronnego pokoju, bardzo prostego w swoim wystroju. Okrągły stolik z ciemną tkaniną, dwa wyściełane krzesła, półki, a na nich stały różne kamienie, książki, ale też inne przyrządy używane przy wróżeniu, jak wspomniana w liście kula. Była tutaj porcelanowa zastawa. To nie był pokój, w którym Guinevere mieszkała na co dzień – tu nie było żadnego łóżka, ani tych dupereli, o których opowiadała mu, że je zbiera – nie było tutaj niczego zbędnego. Ba, nie było nawet firan – za to czarne zasłony, które gdyby ich użyć, spowodowałyby w pokoju całkowity mrok. – Nieszczęśliwym? Co się stało? – nieco się strapiła, bo kiedy zaczyna się zdanie od „nieszczęśliwy”, no to ktoś taki jak Guinevere, z którego wylewała się empatia do świata, zaczynał się martwić. – Obawiam się, że ponownie mylisz mnie z jasnowidzem. Widzący potrafią przepowiedzieć coś, co nie dotyczy osoby, która znajduje się obok nich, mogą wywieszczyć coś, co dotyczy nawet całego świata. Ale wróżba dotyczy konkretnej osoby i wymaga, by brała udziału we wróżeniu. Inaczej magia nie ma szans zadziałać. Więc… nie jest to możliwe – uśmiechnęła się nieco smutno.