Cóż, nie znali się. Pod pewnymi względami mogli się wydawać do siebie bardzo podobni, pod pewnymi rzeczywiście tacy byli, a pod jeszcze innymi – zupełnie nie. Laurent miał w sobie węża o tych kolorowych łuskach, a Guinevere? Guinevere nie. Nie była żadnym wężem. Była psotliwą, ale całkiem milutką, puchatą i mruczącą kicią., która z chęcią rozłożyłaby się na czyichś kolanach.
To nie był dom opływający w luksusy, ale nie należał też do rodziny biednej. McGonagallowie całkiem nieźle sobie radzili finansowo. Jasne, to nie były kopce złotych galeonów, jednak było widać, że wnętrze urządzone jest ze smakiem i było też bardzo zadbane. Pachniało świeżością, nie kurzem. Było też gustownie ułożone, a nie jak to czasami potrafiło być w domu czarodziejów: pstrokato, wszystko na wszystkim i bez gustu. Tutaj było ze smakiem. Obrazy – te magiczne, ruchome, ale też jakieś pejzaże, różne figurki, rzeźby, dywany i inne ozdóbki. Duże okna, w wysokich pomieszczeniach wpuszczały sporo światła. Królowało tutaj drewno.
– Twoje ciało mówi co innego – odparła spokojnie. Nie była tym urażona. Z jakiegoś powodu ludzie dzielili się na trzy grupy: tych, co ani za knuta nie wierzyli we wróżby, tych, którzy się ich bali i tych, którzy byli nimi całkowicie oczarowani i je szanowali. Guinevere, naturalnie, żyjąc w ich otoczeniu całe życie, podchodziła doń jak do czegoś absolutnie normalnego, części jej życia i z pokorą przyjmowała to, co odczytywała z losu, starając się wyciągnąć z tego lekcje dla samej siebie. – Spokojnie, Laurent – jej kroki były spokojne, niespecjalnie długie, bo nigdzie się nie spieszyła. Słuchała za to historii o rzeźby kobiety, albo o kobicie zamienionej w rzeźbę… – O? Ciekawe. Nigdy się na coś podobnego nie natknęłam – ale ją zainteresował. Laurent… Trafiał ze swoimi opowieściami na jej zainteresowanie, ale McGonagall nie miała okazji mu powiedzieć, że jest też artystką – to całkowicie było jej hobby, chociaż talent do rysowania i malowania również przydawał się przy wykopaliskach. Ale była dobra w robótkach manualnych, zdarzało jej się też odlewać jakąś figurkę i rzeźbić. Kilka z tych, które były w tym domu, były jej pamiątkami i prezentami dla dziadków. – Z ciekawości… gdzie to było? Chętnie bym to zobaczyła – jak mogłaby nie… Była medykiem i osobą, która chciała pomagać innym, a jeśli to rzeczywiście była osoba zamieniona w kamień… powinna przecież chociaż spróbować pomóc.
Odwróciła się w końcu do Laurenta, kiedy weszli do pokoju i zamknęła za nim drzwi. Uśmiechnęła się delikatnie, kiedy przypomniał, ze jego rozeznanie w tej szlachetnej sztuce, którą mogole najbardziej kojarzyli z magią, było praktycznie żadne. W sumie to nie wiedziała, czy uczył się w szkole wróżbiarstwa. Ona – tak. Ale uczyła się go też w domu niemalże równocześnie z tym, by na chleb mówić „chleb” i „khubz”*.
– Oczywiście, siadaj – te krzesła nie były tutaj jako wystawa i eksponat muzealny. – Nie, nie jesteś – zaśmiała się i miło zmrużyła oczy. – Spokojnie, przeprowadzę cię przez wszystko. Masz ochotę na herbatę? Albo kawę? – zaproponowała, ale tak czy siak postawiła na środku stolika dzbanek z wodą i sięgnęła po swoją różdżkę, by w chwilę zagrzać wodę. Przed nich podleciały też dwie filiżanki na spodeczkach. Guinevere nie zdecydowała jeszcze, czy powróży mu z fusów, ale nawet jeśli nie – chciała, by się rozluźnił przy napoju. Usiadła naprzeciwko niego. – Masz jakieś konkretne pytanie, czy jednak niezupełnie? Jeśli nie masz, to tak jak pisałam, to nic złego, poradzimy sobie bez tego – spokojnie ułożyła dłonie na stoliku, jedna na drugiej i patrzyła na Laurenta. – Mam nadzieję, że miło spędziłeś czas od ostatniego razu kiedy się widzieliśmy – czy te zagajenia do rozmowy miały czemukolwiek służyć? Właściwie to tak. Chciała, żeby się uspokoił, żeby skupił na sobie – bo na tym polegało wróżenie: na zerknięcie w głąb siebie, a magia wtedy potrafiła ukierunkować drugą osobę (albo samego siebie) na znaki niedostrzegalne gołym okiem.
* j. arabski - chleb