14.09.2023, 21:32 ✶
Lorek mógł się przed tym wzbraniać, ale niezależnie od tego, co mógł o sobie myśleć, powstał z mojej krwi i z moich kości. Nie mógł się mnie wyprzeć, nie mógł zmienić losu ani dziedzictwa, które spoczęło na jego ramionach w roli dumnego potomka rodu Prewett. Nieco butnego i nieznoszącego sprzeciwu, ale do przesady przystojnego i bogatego, pełnego uroku osobistego.
Tak też, nie przepadałem, kiedy unoszono na mnie głos, kiedy czegoś mi zakazywano, więc się zjeżyłem i zamarłem na dłuższą chwilę, ale nie powiedziałem nic. Stwierdziłem, że w spokojniejszych czasach Laurent sam - na osobności - będzie miał okazję przemyśleć własne zachowanie, decyzje, które powziął w stosunku do mojej osoby. Oczywiście, jeśli miałby przegiąć, odpowiednio bym na to zareagował. Teraz jednakże mieliśmy ważniejsze sprawy aniżeli nastoletnie bunty, z których najwyraźniej jeszcze nie wyrósł.
Pochyliłem się by dokładniej obejrzeć jej szyję. Zauważalnie się skrzywiłem, bo ślady na szyi mojego syna jedynie utwierdziły mnie w przekonaniu, że to nie były żarty, że zagrożenie było poważne, pomimo absurdu chęci zabijania we śnie. Czarodziejom się nudziło. Zamiast zabijać, nie lepiej było iść do klubu ze striptizem? Odreagować na inne sposoby?
- Longbottom-Longbottom... Zakochałeś się w tej Brennie czy co? - zapytałem kpiąco, kręcąc głową z udawanym rozbawieniem. Nie na długo. Zaraz powróciłem spojrzeniem na Lorka, poważny jak diabli. - Znasz jeszcze innych obrońców ze snów? Nie znam tej dziewczyny, ale jedno mogę ci powiedzieć - Longbottomy nam nie pomogą. Niezależnie od tego, czy to Brenna, Srenna czy inny longbottomowy bambik. Cóż, przyda się każde nazwisko, wystawimy też ogłoszenie na czarnym rynku - odparłem, nie pytałem, tylko planowałem w wersji solowej. Laurent służył mi za źródło informacji.
Kiedy dotarliśmy do przestronnego salony, wskazałem synowi by przysiadł, sam zająłem swój ulubiony fotel. Drugi taki sam stał nieopodal, a była tu też ogromna, zdobiona kanapa. Ogólnie dużo tu było przedmiotów. Akurat skrzat imieniem Zgrzebek zaparzył nam ziół, więc postanowiłem go jeszcze wykorzystać nim pójdzie do swoich typowych obowiązków.
- Przynieś mi zestaw do pisania listów - poleciłem, po czym siknąłem na Laurenta. - Pij, synu. Potrzebujemy jasnych umysłów - odparłem, biorąc do dłoni drugą filiżankę. Wziąłem głęboki wdech, zaciągając się zapachem naparu. Podmuchałem nieco nim się napiłem, choć byłem pewien, że skrzat zadbał o odpowiednią temperaturę do picia. Po tych kilku poparzonych językach lata, lata temu.
Postanowiłem kontynuować. Odstawiłem filiżankę.
- Mam swoje powody by myśleć nieprzychylnie o rodzinie Longbottomów. Nie życzę ci tego, co sam miałem ochotę doświadczyć, ale zasłużyli sobie na moją opinię - zacząłem, po czym pokręciłem głową. Byłem wyraźnie zmartwiony. Przeczesałem palcami prawej dłoni włosy. - Nikt nie będzie nas bezkarnie atakował. Poruszymy, jak to ująłeś, niebo i ziemię, a jak będzie trzeba zabierzemy się również za piekło. Pamiętaj, Laurencie, że jesteśmy Prewettami. Szukamy rozwiązań, działamy, a na koniec chillujemy - pragnąłem przypomnieć. To ten czas, kiedy mógł na chwilę odetchnąć, drobną chwilę, a zaraz później bierzemy się do roboty.
Tak też, nie przepadałem, kiedy unoszono na mnie głos, kiedy czegoś mi zakazywano, więc się zjeżyłem i zamarłem na dłuższą chwilę, ale nie powiedziałem nic. Stwierdziłem, że w spokojniejszych czasach Laurent sam - na osobności - będzie miał okazję przemyśleć własne zachowanie, decyzje, które powziął w stosunku do mojej osoby. Oczywiście, jeśli miałby przegiąć, odpowiednio bym na to zareagował. Teraz jednakże mieliśmy ważniejsze sprawy aniżeli nastoletnie bunty, z których najwyraźniej jeszcze nie wyrósł.
Pochyliłem się by dokładniej obejrzeć jej szyję. Zauważalnie się skrzywiłem, bo ślady na szyi mojego syna jedynie utwierdziły mnie w przekonaniu, że to nie były żarty, że zagrożenie było poważne, pomimo absurdu chęci zabijania we śnie. Czarodziejom się nudziło. Zamiast zabijać, nie lepiej było iść do klubu ze striptizem? Odreagować na inne sposoby?
- Longbottom-Longbottom... Zakochałeś się w tej Brennie czy co? - zapytałem kpiąco, kręcąc głową z udawanym rozbawieniem. Nie na długo. Zaraz powróciłem spojrzeniem na Lorka, poważny jak diabli. - Znasz jeszcze innych obrońców ze snów? Nie znam tej dziewczyny, ale jedno mogę ci powiedzieć - Longbottomy nam nie pomogą. Niezależnie od tego, czy to Brenna, Srenna czy inny longbottomowy bambik. Cóż, przyda się każde nazwisko, wystawimy też ogłoszenie na czarnym rynku - odparłem, nie pytałem, tylko planowałem w wersji solowej. Laurent służył mi za źródło informacji.
Kiedy dotarliśmy do przestronnego salony, wskazałem synowi by przysiadł, sam zająłem swój ulubiony fotel. Drugi taki sam stał nieopodal, a była tu też ogromna, zdobiona kanapa. Ogólnie dużo tu było przedmiotów. Akurat skrzat imieniem Zgrzebek zaparzył nam ziół, więc postanowiłem go jeszcze wykorzystać nim pójdzie do swoich typowych obowiązków.
- Przynieś mi zestaw do pisania listów - poleciłem, po czym siknąłem na Laurenta. - Pij, synu. Potrzebujemy jasnych umysłów - odparłem, biorąc do dłoni drugą filiżankę. Wziąłem głęboki wdech, zaciągając się zapachem naparu. Podmuchałem nieco nim się napiłem, choć byłem pewien, że skrzat zadbał o odpowiednią temperaturę do picia. Po tych kilku poparzonych językach lata, lata temu.
Postanowiłem kontynuować. Odstawiłem filiżankę.
- Mam swoje powody by myśleć nieprzychylnie o rodzinie Longbottomów. Nie życzę ci tego, co sam miałem ochotę doświadczyć, ale zasłużyli sobie na moją opinię - zacząłem, po czym pokręciłem głową. Byłem wyraźnie zmartwiony. Przeczesałem palcami prawej dłoni włosy. - Nikt nie będzie nas bezkarnie atakował. Poruszymy, jak to ująłeś, niebo i ziemię, a jak będzie trzeba zabierzemy się również za piekło. Pamiętaj, Laurencie, że jesteśmy Prewettami. Szukamy rozwiązań, działamy, a na koniec chillujemy - pragnąłem przypomnieć. To ten czas, kiedy mógł na chwilę odetchnąć, drobną chwilę, a zaraz później bierzemy się do roboty.