Prowadzenie własnej działalności wymagało co jakiś czas dokonywania inwentaryzacji. Jako mistrz kowalski miał opanowane to w małym palcu, jednak nie przeszkadzało mu to w powierzaniu tego rodzaju obowiązków swojemu synowi. Sam cenił sobie porządek w miejscu pracy. Odziedziczy on po nim ten zakład. Ewentualnie założy własny pod szyldem rodzinnego biznesu, w czym będzie go wspierać. Obecność klienta w przydomowej kuźni wymagała oderwania jego syna od wykonywanej przez niego pracy. Tym bardziej, że on miał do skończenia własną robotę i dopóki nie odłoży młota oraz nie odejdzie od kowadła, nie będzie mógł zająć się ich klientem.
— Porozmawiasz z naszym klientem dopóki nie skończę pracować. — Polecił swojemu synowi, który nie krył swojego zdziwienia obecnością potencjalnego klienta o tej porze. Ci faktycznie przychodzili do nich w późniejszych godzinach. Odstępstwo od swoistej normy nie było niczym złym. Nie odprawią tego młodzieńca z kwitkiem, tylko należycie go obsłużą.
— Znacie się? — Pomimo bycia zajętym ciężką pracą, Dagur nie zapytałby swojego pierworodnego o znajomość z ich klientem. Nie ze wścibstwa, a ciekawości. Jego zainteresowanie było podyktowane również tym, że w osiedlili się w tym kraju dopiero dwa lata temu i zależało mu na tym, aby się tutaj zaaklimatyzowali i nawiązywali nowe znajomości. — Możesz nalać swojemu przyjacielowi piwa, tak by nie siedział o suchym pysku! Przynieś też dla mnie! — Zawołał ze środka kuźni. Nie było nic lepszego niż potężny kufel chłodnego piwa w słoneczny, letni dzień w ramach przerwy od pracy w kuźni. Uderzył ostatnie parę razy młotem w kawałek metalu i po schłodzeniu zawiesił na haku pierwszą wykutą końską podkowę. Ta była przeznaczona dla abraksana. Pozostały mu jeszcze trzy do wykucia.
Perspektywa wynurzenia się z kuźni i skorzystania z ładnej pogody wydawała się Dagurowi na tyle obiecująca, że nawet on postanowił opuścić ten budynek i stanąć przed nim w pełnej krasie. Nie rozwiązał swojego fartucha, jedynie zdjął rękawice ze smoczej skóry i wcisnął je do kieszeni fartucha. Raz jeszcze otaksował uważnym spojrzeniem panicza Prewetta, który zdawał się zapomnieć o manierach. W ich ojczystych stronach młodsi witali w pierwszej kolejności starszych. Tym razem był skłonny to wybaczyć, gdyż to mogło być związane z tym co ukazało się oczom tego młodzieńca i nie chodziło tylko o samą kuźnię, ale również o niego.— Mi również, chłopcze. — Odezwał się, uśmiechając się szczerze. Gdyby nie miał do czynienia z przyjacielem swojego syna to nadal używałby oficjalnej formy zwracania się do tego młodzieńca, do którego wyciągnął potężną, wielką niczym pokrywy od śmietnika dłoń. Przyjaciel jego syna wyglądał na prawdziwe chuchro, które mógłby połamać niczym gałązki, a więc będzie musiał wyjątkowo uważać aby to wymiana uścisków dłoni nie wymagała wezwania uzdrowiciela.
— Mówiłem, że klient. Mówże co mamy dla Ciebie stworzyć, chłopcze. Jesteśmy najlepsi, więc lepiej trafić nie mogłeś! — Zwrócił się do znajomego Hjalmara, zamierzając przejść od razu do konkretów. — Gdy skończymy to możecie sobie trochę pogawędzić. Możesz zaprosić swojego przyjaciela do domu. — Spojrzał w tym momencie na swojego syna, który zapewne nie będzie mieć nic przeciwko temu, aby spędzić trochę czasu z kolegą. Jego dom pozostawał otwarty dla każdego, kto miał pokojowe zamiary.