Z biegiem lat, Stanley nauczył się trzymać trochę język za zębami. Zwłaszcza, że gniew od Geraldine mógłby być co najmniej bolący, jeżeli nie bardzo. Brygadziści pewnie byli atrakcyjni - nie jemu było to oceniać. Gorzej jeżeli od kilku lat do zostania Aurorem, dzielił cię jeden egzamin, którego priorytet zmienił się dawno temu. Bo o ile jeszcze jakiś czas temu to była najważniejsza rzecz dla niego, tak teraz było mu to trochę obojętne - Coś w tym jest - skwitował słowa kuzynki. Jeżeli Yaxleyówna przez swoje słowa o dobrym wyglądzie miała na myśli dobrą minę do złej gry, to rzeczywiście, miała rację. Całkowitą rację.
Chciałby tak właśnie zrobić, to o czym wspomniała mu Ger, ale nie mógł. Nie był w stanie i tego jej chyba najbardziej zazdrościł. Borgin nigdy nie ukrywał, że się boi. Były pewne rzeczy, które go po prostu przerastały i właśnie zastanawiał się czy te stwory z kniei, nie są jedną z tych rzeczy. Pokiwał więc tylko na jej słowa, nie chcąc dalej kontynuować tego tematu. I to nie dlatego, że nie chciał z nią rozmawiać, ani wyjść na tchórza. O nie, nic z tego. Stanleyowi po prostu kojarzyła się tylko jedna rzecz ze słowem "strach" - była to noc z 1 na 2 maja tegoż roku, dokładnie wtedy kiedy musiał uciekać przez ten las, aby nie zostać złapanym przez swoich kolegów z pracy.
Czy nie wiedział co to napaść? Wręcz przeciwnie. Wiedział bardzo dobrze, sam w końcu był zwolennikiem Czarnego Pana i brał udział we wszelkiej maści atakach. Najprawdopodobniej jego kuzynce mogło chodzić o innego rodzaju napaść, niż ta terrorystyczna ale czy warto było się nad tym rozwodzić? Nie bardzo, zwłaszcza jeżeli Geraldine miała drastycznie inne poglądy od reszty osób w których płynęła krew Borginów w jakimkolwiek stopniu - Ja to bym chciał, aby ta knieja znowu stała się czysta... - dodał, kierując się do chłopaka.
Po krótkiej chwili powrócił z kocem, którym od razu okrył młodzieńca. Kiedy tylko to zrobił, odszedł od niego, aby przypadkiem go bardziej nie spłoszyć. Charlie był przecież zdruzgotany, nic nie rozumiał, a teraz jeszcze był tu co najmniej z tuzin ludzi, których nawet nie znał. Większość ubrana w jakieś mundury i wszyscy bombardowali go pytaniami - Charlie... Jeżeli musiałbyś je jakoś opisać. Byłbyś w stanie? - zapytał, spoglądając w kierunku Geraldine.
Wzruszył ramionami - Ja... Je czułem ale nic... Nic szczególnego nie widziałem... - pociągnął nosem - M-Mogę już do mamy? - zapytał całego zgromadzenia. Oczekiwał raczej odpowiedzi od kogokolwiek, niż od jednej specyficznej osoby.
- Geraldine, mógłbym Cię prosić na słówko? - zwrócił się kuzynki odchodząc na kilka kroków na bok. Stanley chciał mieć pewność, że żaden z brygadzistów, a już na pewno chłopak, go nie usłyszy - Nie uważasz, że to wszystko jest trochę dziwne? - rozejrzał się wokół, spoglądając na zaginionego dzieciaka, któremu inny funkcjonariusz podawał coś do picia - On... Jest dzieckiem. Nadal dzieckiem, mimo że mógłby być moim czy Twoim ojcem albo nawet dziadkiem. Myślisz, że to... "Coś"... - zrobił gest cudzysłowie, wspominając o "gościach" w kniei - Postarza ludzi? Ale tak wiesz, fizycznie, nie mentalnie czy duchowo... Ciekawe czy to wpływa na długość życia - podzielił się swoim pomysłem, wyciągając paczkę papierosów w jej kierunku. Tym razem wolał uniknąć jakiegokolwiek "napadu" na swoje życie - No bo z jednej strony, patrząc na jego stan fizyczny to raczej nie zostało mu zbyt wiele lat życia ale mentalnie to nadal ma całe życie przed sobą... Może to się jakoś łączy? - wzruszył ramionami, odpalając papierosa. To był bardzo ciężki przypadek i Borgin żałował, że nie ma z nimi nikogo ze świętego Munga, aby mógł to zbadać na miejscu.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972