Cały czas zastanawiała się, co tam u Atreusa. To, że musieli go zabrać kapłani z kowenu było wielce mówiące, tak jak to, że nie obudził się, kiedy ona, Mav i Patrick zaczęli jakkolwiek kontaktować że światem. Myślała o tym dużo, nad tym co wydarzyło się w Limbo, ale też ta końcówka… jak Bulstrode chciał wejść wprost w upiorny, mamiący ogień. Zatrzymała go. Czy źle zrobiła? Czy to dlatego tak długo się nie budził? Czy to jej wina? Ale z drugiej strony żadne z nich nie weszło w ogień, on sam się do nich zbliżył przyjmując kształty ludzi… najpewniej ludzi z ich życia. Czy Atreus po drodze tutaj też miał ku temu okazję? Ale na domiar wszystkiego, niezależnie od tego co mówiła Mavelle, Victoria czuła się winna. Gdyby nie ona, to nigdy by nawet nie wpadli na to, by wbiegać w rytualny ogień na Polanie Ogni. To Victoria, nikt inny, doznała tej dziwacznej… wizji… to uczucie ciągnięcia, by pomóc rudowłosej kobiecie w lesie, samej ze Śmierciożercami. Nie rozumiała tego. Nigdy nie przejawiała zdolności Trzeciego Oka, nie potrafiła powiedzieć co się wydarzyło, ani jak to się stało, ani skąd była w niej ta pewność, że ogień jest przejściem. Czy gdyby wtedy wiedziała, że to wejdzie do Limbo, to odważyłaby się przez te płomienie przebiec? To ona podała te informacje dalej, Mavelle przekazała ją kolejnym osobom. A to, co im się przydażyło… cóż. Trudno było nie mieć wyrzutów sumienia, gdy widziało się tego skutki.
Dlatego odetchnęła z ulgą, gdy dostali wiadomość, że Atreus się obudził. A później nawet się ucieszyła, kiedy do niej napisał, że chciałby się spotkać. I tak od słowa do słowa padło na kawiarenkę przy Pokątnej. Victoria zwykle była bardzo punktualną czarownicą, ale dzisiaj zatrzymało ją szukanie tego miejsca. W pierwszej chwili zupełnie przegapiła kawiarenkę. Ale może to dobrze. Może to znaczyło, że wścibscy ludzie też tak łatwo jej nie odnajdą i będą mieli z Atreusem odrobinę prywatności. Miała wielką nadzieję, że nie spóźniła się zanadto, kiedy weszła do środka i rozejrzała się, szukając, czy Bulstrode już tutaj był i na nią czekał.
Był. I to z gazetą. Victoria uśmiechnęła się pod nosem i podeszła do stolika. Czerwień szminki kontrastowała z jej niemalże czarnymi włosami brązowymi oczami.
- Bulstrode, dzień dobry – nie mogła się powstrzymać, by zwrócić się do niego po nazwisku. Z czystej przekory. - Dobrze widzieć cię w dobrym zdrowiu. Nic ciekawego nie piszą w gazecie, że ją tak kartkujesz? – to była tylko koleżeńska zaczepka, zresztą uśmiechała się miło, niemalże z ulgą, kiedy zajęła drugi z foteli. Faktycznie, nic tu do siebie nie pasowało i było składowiskiem osobliwości – ale może samo to dodawało uroku kawiarence?