W głębi swojego wiecznie spragnionego mięsa serca Lupin zawsze wiedział, że Heather nie ma wszystkich klepek w głowie na swoim miejscu. Oczywiście, nie była to w żadnym przypadku wada, a po prostu wniosek, który wysnuł podczas ich wieloletniej znajomości. Bądź co bądź, gdyby była całkowicie normalna i wpasowywała się bez problemów w trzodę zwyklaków z Hogwartu, raczej by na siebie nie trafili. To samo tyczyło się zresztą też Charlesa. Nikt normalny nie zwróciłby się o pomoc do niego, gdy na horyzoncie majaczyła sylwetka tej starej wiedźmy ze Skrzydła Szpitalnego.
Camerona nie zdziwiłoby więc absolutnie to, że rudowłosa gwiazda Brygady Uderzeniowej miała ambicję ujeżdżać lwa w środku nocy. Zapewne pragnęła upodobnić się do wojowniczych dziewic z dawnych legend, które latając na smoczym grzbiecie, odsyłały swoich przeciwników do krainy umarłych, ciskając zaklęciami lub korzystając z bardziej prymitywnych metod pokroju przebicia mieczem, lub lancą. Ah, wizja tak bliska, a jednak tak odległa.
— Tak długo?! Przecież to potrwa wieki! — zaczął dramatyzować Cameron, podnosząc teatralnie głos i wlepiając głos w palucha, jakby właśnie przeżywał najgorszą tragedię. — Cedric prędzej zaplanuje dyżur całego pieprzonego szpitala tylko dla siebie, niż się w końcu oświadczy.
I co on miał teraz czekać, jak jego brat pracoholik raczy w końcu powiedzieć sakramentalne "tak", żeby odzyskać władzę w palcu wskazującym! Niedoczekanie! Cameron zaczął się rozglądać na boki, jakby tuż obok mogło rosnąć konkretne ziele, który uwolniłoby go od wszystkich trosk. Takowych jednak nie było, musiał więc zadowolić się innymi środkami pierwszej pomocy.
Pozwolił się więc przytulić, jakby licząc, że w ten sposób jego trauma, chociaż na chwilę odejdzie w niebyt. Tak się nie stało. Ba, okazanie uczuć przed Charliego nie sprawiło nawet, że ta maszkara zostawiła ich w spokoju. Na szczęście ku nim zmierzała już kolejna osóbka, która mogła wybawić ich z opresji!
— Te dominujące są najgorsze — potwierdził, zaciskając pięści, kiedy gęś zagęgała przerażająco. Zerknął kątem oka na Wood, mając ochotę zasłonić twarz dłonią z zażenowania.
Ty kurwa widziałaś kaczkę, pomyślał, wiedząc, że próba wyjaśnienia jej różnicy między kurą, a... Spojrzał na stworzenie przed nimi, na moment zapominając, jak to zwierzę się nazywa. Wytrzeszczył oczy, otwierając raz po raz usta. Perliczka? Kuropatwa? Jakaś wyrośnięta. Co ci mugole dawali im do żarcia.
— Z ciebie też jest całkiem łakomy kąsek, więc może, Ruda, nie podskakuj, co? — żachnął się i ciągnąc Charliego za rękę, próbował się odsunąć od ich nowego arcywroga.
Gęś w dalszym ciągu miała kurwiki w oczach, a nastroszone pióra i rozwinięte na pełną długość skrzydła, nadawały jej wygląd demona, który wynurzył się z głębin piekła, aby zaciągnąć tam niewinne duszyczki. Machnął ręką w kierunku pomiotu.
— Rzuć nią coś! Przemień ją w żabę, czy jakąś inną watażkę... Ważkę, kurna noo, zrób coś!.
Heather miała tę przewagę, że nie znajdowała się na ziemi, więc gdyby tylko chciała, to bardzo łatwo mogłaby ukrócić ten atak! Tak, dokładnie! Mogłaby... Wywrzeć presję na tego ptaszora, rozkazać mu w imieniu Ministerstwa Magii i Brygady Uderzeniowej, żeby zostawił ich w spokoju!