Nie wiedziała co Laurent robił po godzinach, co mu tak zabierało czas z doby, że musiał szukać pracownika, który by go odciążył. Nie wiedziała wielu rzeczy o Anglii, chociaż starała się nadążać, ale jeśli sama się w czymś zatraciła, to traciła poczucie czasu. I nagle był lipiec. Nie wiedziała więc dlaczego Laurenta tak poruszył ten posąg, w sensie tak mocno, by przeżywać do następnego dnia. A właściwie nie sam posąg a to, że mogło się to przydarzyć każdemu i że ma to coś wspólnego z Beltane. Tylko, że… To było w okolicach Londynu, a te najdziwniejsze rzeczy działy się w Dolinie Godryka, to kilka godzin stąd. Temat na razie jednak został odłożony.
– O proszę. Nie, nie miałam – uśmiechnęła się do Prewetta. Spoglądała na świat z góry na swoich własnych skrzydłach. Wzbijała się w przestworza siłą własnych mięśni, czuła wiatr pod lotkami, powietrze, gdy unosiło ją dalej i dalej, a ona mogła się odprężyć. Nauka latania była najtrudniejsza, tym bardziej, że nie była pisklakiem, które matka wyrzuca z gniazda. Ale kiedy już się nauczyła… to pokochała to całym sercem. I była wręcz pewna, że abraksany się do tego nie umywają, z całym szacunkiem. Ale były piękne. – Na miotle też można – odpowiedziała uprzejmie, chociaż niekoniecznie sama lubiła siadać na kawałku patyka. Niewygodne to było bardzo, a tym bardziej nie rozumiała jak mężczyznom może być wygodnie na tym siedzieć i grać w quidditcha. Czy to głupie drewno nie uciskało im… tego i owego? Ten sport powinien być całkowicie damski, nie dyskryminując nikogo, ale chodziło o wygodę, bądź jej brak.
– Oczywiście, pełna dyskrecja – zapewniła go. – Jeśli nie czujesz się swobodnie jedynie z moim słowem, to możemy to spisać na umowie – to wcale nie musiało być oczywiste, chociaż rzeczywiście dla Ginny wydawało się to jasne jak słońce, że o tym, co mu wywróży, co przy okazji tutaj padnie, nie rozmawia się z nikim innym. A poza tym… To komu miałaby to wypaplać? Prawie nikogo tutaj nie znała. – Właściwie to zrobiłeś niesamowicie trafne porównanie. Wróżbita może w niektórych wypadkach zastąpić magipsychiatrę albo magipsychologa. Służymy rozmowie, pomagamy spojrzeć w głąb siebie, rozwiać wątpliwości, przepracować słabości, a nawet lęki. Leczymy duszę, pozwalając się przygotować na różne rzeczy bądź je zrozumieć – zwłaszcza, jeśli wróżbita był tak empatyczny. Bo że byli spostrzegawczy było oczywiste – musieli być, mieli dodatkowy zmysł, którym spoglądali na to, co niedostrzegalne gołym okiem. – Zrozumieć siebie – dodała jeszcze i uśmiechnęła się do Laurenta zachęcająco. Nie było się czego bać. W jej obecności był całkowicie bezpieczny.
Prawdę mówiąc, o ile Guinevere lubiła robić wrażenie, to zupełnie nie bawiła się w żadne ozdobniki przy swojej pracy. Laurent nie trafił, bo to, co robiła – wszystko było tutaj potrzebne. Wróżenie z kuli należało przeprowadzić w ciemnym pomieszczeniu, z minimalną ilością światła, by jasność dnia nie zakłócała mlecznej mgły kamienia z jakiego wykonana była kula. Dostrojenie instrumentu również było niezbędne, bo nieużywany wytracał energię.
– Lepiej działa jeśli wypowiada się wszystko na głos. Nie ma wtedy zakłóceń w postaci zbłąkanych myśli – ale rozumiała, dlaczego się ucieszył. Był jeszcze jeden minus tego, że nie wypowiadało się pytań na głos: mimo wszystko odczytywanie znaków zależało od doświadczenia wróżbity. To on je odczytywał, on je interpretował. Bez odpowiedniego kontekstu można było zwyczajnie się przestrzelić, zrozumieć przekaz magii nie tak precyzyjnie, jak mógłby, znając szerszy kontekst. Dlatego tak ważne było otwarcie się na wróżbitę. Nie dlatego, by mógł wymyślić bajeczkę bo znał drugą osobę, a dlatego, że znając sytuację, mógł lepiej zrozumieć co właściwie mówią znaki, jakie dostrzega. Konieczne tutaj było pełne zaufanie… ale Guinevere rozumiała też, że znali się mało i Laurent po prostu nie czuł się na tyle swobodnie. Nie było w tym nic złego – tylko musiał liczyć się z brakiem precyzji.
Ginny nie patrzyła na Laurenta, kiedy zadawał swoje pytania. Wpatrywała się w kulę, niemalże nie mrugała, spojrzenie jasnobrązowych oczu, teraz prawie czarnych, przez to że źrenica zajmowała prawie całą tęczówkę, kierując wprost na kulę. Chmury, mleko, mgła… to wszystko kłębiło się tam powoli formując w kształty. Fale.
– Widzę fale. Tak, będzie to miało miejsce na morzu bądź oceanie. Na rejsie najwyraźniej, skoro o to pytasz – odparła spokojnie i wzięła kolejny głęboki oddech. Wróżenie było jak wejście w trans – nie taki do końca, ale magia robiła swoje. Później fale rozwiały się, mleko krążyło po kuli, by przybrać się w kolejny symbol. A raczej jego brak – obłoki opadły na dół kuli, co mógł zobaczyć nawet Laurent. – Nie, nie uda ci się – odparła tym samym… nieco mechanicznym głosem, nie tak jak zawsze kiedy prowadziła z kimś rozmowę. Mocne skupienie się na symbolach i odczytywaniu sprawiało, że reszta świata przestawała mieć znaczenie.
Czy morze mnie zabierze do końca tego roku? Pytanie zawisło w powietrzu, a chmury w kuli uniosły się, ponownie rozpraszając się po całej powierzchni kuli. Mięsień w kąciku ust Ginevry zadrgał, ale to była jej jedyna reakcja na tak… tak dziwne pytanie. Nie było to teraz miejsca na zastanawianie się nad treścią i powodem. Tym bardziej, że mgła znowu zbiła się w kształt, który mogła odczytać.
– Widzę gęś. Nie, morze cię nie zabierze do końca tego roku. Możesz za to spodziewać się gości, których nigdy nie oczekiwałeś.
Gęś (nieoczekiwani goście)