By dzielić się takimi rzeczami potrzeba było odrobinę czasu. Guinevere wpuściła Laurenta do swojego świata, ale póki co sama badała, na ile może mu zaufać, by dać nieco więcej z siebie. Głównie dlatego, że się znała nie od dzisiaj. I wiedziała, że miała cholerną słabość do tych, których do siebie dopuściła, że skoczyłaby za nimi w ogień, a nawet więcej – zasłoniłaby ich prze tym ogniem. Dlatego sama nie była nazbyt ufna, bo po prostu musiała uważać. Uważać, by nie skończyć w ogniu… albo bez ręki. Jak by wtedy latała? Ptak bez skrzydła był permanentnie uziemiony, a ona potrzebowała powietrza do życia. Tak jak Laurent potrzebował wody. Był to powód do milczenia, ale do dumy również. Bo Guinevere była dumna. I nie była to wielka tajemnica, ale tam, w Egipcie, gdzie zupełnie przychylnie patrzono na tych, którzy potrafili zmienić swoją formę, wydobyć swój pierwotny pierwiastek. Tutaj, w Anglii, królowały fałszywe uśmieszki i strojne sukienki dam z kijem w tyłku wsadzonym tak głęboko, że nie potrafiły się nawet schylić, dlatego wolała się nie obnosić ze swoimi talentami – nie wszystkimi w każdym razie.
Kiwnęła głową. Skoro nie było potrzeby to w porządku. W każdym razie nie zamierzała nigdzie i nikomu zdradzać tego, co tutaj dzisiaj padało i Nefret właściwie traktowała to dokładnie tak, jak konsultację medyczną – z tajemnicą lekarską i zasadą, by przede wszystkim nie szkodzić. Naprawdę traktowała to jak taki… lek dla duszy. Dla psyche. I dla psychiki również. Zaś reputacja Laurenta, jaka ona nie była, nie miała dla Ginny żadnego znaczenia. Interesowało ją to, jacy są ludzie, nie co o nich mówią. Że ktoś miał jakieś trupy w szafie…? A kto nie miał? To już było: że ludzi do różnych rzeczy, również tych okropnych i wstydliwych, popychały różne wybory, albo ich brak. Te ogniki ściągające ich na bagna, z których nie tak łatwo było się wyrwać.
– Wiem. To dobrze, że zapytałeś. Dla mnie to oczywistość, dla ciebie nie. Cokolwiek tutaj padnie, to są sprawy intymne i należą jedynie do ciebie – dodała jeszcze, by nie było absolutnie żadnej wątpliwości. – Jestem lekarzem w każdym tego słowa znaczeniu – lekarz ciała i lekarz duszy. Zapach kawy otulał, był ciężki i świeży jednocześnie. Wielu wróżbitów, albo osoby które ich udawały, paliły kadziła, mamiące zmysły, robiły przedstawienie. Guinevere uważała, że te ozdobniki są zbędne; że chodzi o jakość usługi i doświadczenie wróżbity, jego wrażliwość i spostrzegawczość, a nie firaneczki, obrusiki, dym, dzwoneczki i cekinki.
Odczucia, jakie wróżbitka czuła przy tej gęsi nie były negatywne… Może ze względu na pytanie, jakie padło – ono niosło w sobie smutek, tęsknotę, było negatywne. Morze go nie zabierze – to przecież dobrze. Nie skomentowała tego, że Laurent uznał to za ciekawe. Nie mogła się teraz rozpraszać, za to uniosła na niego spojrzenie, czekając, czy zapyta o coś jeszcze? Czy jednak będzie chciał kończyć? Bo to ostatnie pytanie brzmiało tak… ostatecznie. Jednak nie – bo blondyn pozwolił się odprężyć na tyle, by pytać o kolejne rzeczy. Jak z pytania o miłość przeszliśmy aż tutaj… Raczej nie było to planowane i McGonagall czuła to podświadomie.
– Osoba, której spotkać nie chcesz, a która ma na ciebie oko – powtórzyła za nim, na powrót wpatrując się taflę kuli. Chwilę trwało, nim dostrzegła w niej kolejny kształt. – Widzę lornetkę. Rzeczywiście jesteś obserwowany. Ma na ciebie oko, co doprowadzi do kłótni. Niekoniecznie z nim, ale jest to ze sobą związane, może sam fakt, że istnieje. Drugą opcją jest utrata przyjaciela… Na różne sposoby. Może być to związane z kłótnią, a może być bardziej ostateczne. Spróbuj zaufać i nie robić wszystkiego samemu. Odpowiadając jednak na pytanie, wszystko wskazuje, że tak, będziesz miał okazję.
Lornetka (kłótnia/utrata przyjaciela)