Uważała, że powinno się otaczać wartościowymi ludźmi. Po niektórych widać było od razu z jakiej gliny są ulepieni i czy chciało się poświęcać im swój czas, czy jednak wcale nie. Ale byli też tacy, którzy potrzebowali czasu by rozkwitnąć, rozłożyć swoje płatki. Ginevra nie skreślała nikogo, a już na pewno nie na początku. Nie dzieliła ludzi na "tę osobę dopuszczę bliżej" albo na "tej osobie postawię ścianę przed ryjem". Jak odczuwała, że jakaś relacja jest z drugiej osoby na siłę, to się wycofywała, przestawała "zabiegać" i utrzymywać kontakt, a ten zaczynał się rozmywać i ostatecznie – zanikać. Miała zupełnie inne podejście do ludzi i znajomości, bo nie traktowała ich jak przedmioty potrzebne do zaspokojenia własnych potrzeb. Oni też mieli uczucia, a kto chciał poczuć odrzucenie (w jakimkolwiek wydaniu by ono nie było)? Problem jaki miała z Laurentem to to, że był jedną z nielicznych osób, jakie tutaj znała. Był też osobą, którą szczerze polubiła i nie chciała dla niego źle. W Egipcie nie mieli za bardzo okazji się poznać, ale ta nadarzyła się tutaj i teraz, a tylko głupiec z okazji nie korzysta – a przynajmniej takich. Miała jednak wrażenie, że pomiędzy nimi ta ściana była. Że to ona wyciąga do niego rękę, a on przyjmuje ją bardzo niechętnie, na pewien sposób traktując jak okazję. Nie była pewna na ile dobrze odczytuje intencje i zamiary, ale dostrzegała pewien mur, który nie wiedziała czy i jak przeskoczyć. Bo na pewno nie zamierzała go skruszyć. Ani robić niczego na siłę. Dawała temu czas i szansę, ale nie była osobą, która będzie się pchała gdzieś, gdzie jest niechciana. A to naprawdę dawało się wyczuć – a przynajmniej ona potrafiła takie sygnały odbierać. Może za dużo myślała, może za dużo na tym polu analizowała, odbierając różne rzeczy, starając się wczuć w drugą osobę, spojrzeć na świat jej oczami. Może nie było wcale tak, jak jej się wydawało.
Intensywne doznanie – to była prawda. Jeśli dla Laurenta to było intensywne, to jakie było dla Ginny? Czasami wręcz przebodźcowaniem i wtedy musiała na jakiś czas wyciszyć się. Piękne otoczenie łąk, lasów i potoków bardzo przy tym pomagało. Kiedy stwierdził że tyle wystarczy, odetchnęła głęboko i zamknęła oczy, siedząc przez chwilę w bezruchu. Ściągnęła ręce ze stołu i nawet uniosła głowę, jakby chciała spojrzeć w sufit, ale z zamkniętymi oczami… a w końcu wyprostowała głowę i spojrzała na Laurenta. Uśmiechnęła się znowu.
- Czasami jest tak, że wróżba pozwala się z pewnymi rzeczami, o których już się podświadomie wie, pogodzić. Chyba to mówiłam, ale to wędrówka w głąb siebie – mówiła. Może nieco innymi słowami, ale mówiła. Jej kawa też ostygła i gdy teraz sięgnęła po nią i zrobiła łyk, aż się skrzywiła i zaraz złapała różdżkę, by ją sobie podgrzać. Spojrzała na Laurenta wymownie, chciała wiedzieć czy jemu też. Złapała też za szmatkę, która leżała przygotowana i nakryła nią kulę. Nie chciała teraz w nią przypadkiem spojrzeć i zobaczyć… nie wiadomo nawet co dokładnie. - Cieszę się, że mogłam cię odrobinę zaskoczyć, ale rzecz jasna nie taki był cel. Chodziło o rozwianie mgły niepewności - znalezienie odpowiedniego wróżbity, który złapie z drugą osobą wspólny język, na pewien sposób go zrozumie i wyczuje się, było kluczem do tego, by wróżby były jak najlepsze – w sensie celności i ich przeznaczenia: ostrzeżenia, porady, przyniesienia ukojenia bądź przygotowania na gorszy moment w życiu. - Trochę tak jest. Mam nadzieję, że moje wróżby ci się do czegoś przydadzą. Może sam za jakiś czas dostrzeżesz rzeczy, o których mówiłam i zrozumiesz jeszcze lepiej pewne znaki. Starałam się je rozczytać najlepiej jak potrafiłam – o chyba było co analizować. I zdaje się że przed Laurentem był intensywny czas, wyglądało na to, że nie będzie mu się w życiu nudzić. Miała tylko nadzieję, że w związku z New Forest nie osiądzie na laurach.