Jego dezorientacja była dla niej miodem na sercu, sprawiało jej to ogromną przyjemność widząc jak burzy jego świat i wizję jej samej. Wiedziała, że wolał jak była zwykłą alchemiczką siedzącą za kotłem z wywarem, z włosami spiętymi w koka nad jej karkiem, za rumieńcami, które pojawiały się, gdy w szkole próbował ją zawstydzać. Wiedziała, że wolał, aby była cicha, uległa, niepewna swojej wartości, ale to się już dawno zmieniło. Przestała być słaba i nieśmiała wobec niego. Avelina nigdy nie należała do nieśmiałych osób, te dziwne uczucia wywoływał w niej właśnie ten konkretny Rookwood. Powodował, że czuła się przy nim zawstydzona, że rumieniła się, gdy na nią patrzył, że peszyła się, gdy ją przypadkiem dotknął. Teraz chciała udowodnić bardziej sobie niż jemu, że taka nie jest, że nie będzie miał nad nią przewagi. Nadal wywoływał w niej dreszcz podniecenia, gdy ścisnął jej dłoń, wręcz prąd przeszedł jej przez ramię, aż do szyi, na której pojawiła się na krótką chwilę gęsia skórka. Nie dała jednak po sobie poznać, że było to dla niej przyjemne, bo bała się tego momentu, gdy on sobie uświadomi, że tak na nią działa.
Obserwowała go uważnie. Nogi nadal były w tej samej pozycji, ramiona splotła na piersi, a jej wzrok spoczął na jego twarzy. Na ustach zatańczył ten delikatnie złośliwy, pewny siebie avelinowski uśmiech, który zawsze posyłała mu, gdy nad nim górowała w wiedzy jak jeszcze chodzili do Hogwartu. Bawiło ją to jak bardzo nie lubił tracić kontroli, jak bardzo chciał mieć wszystko zaplanowane. Tak, ona sama też to lubiła, też lubiła mieć świat poukładany, ale Augustus Rookwood zniszczył ten świat w momencie, gdy ją pocałował, gdy powiedział jej, że jest dla niego ważna, że zawsze myślał tylko o niej. Zniszczył go pozostawiając w totalnej rozsypce i ona też chciała zniszczyć jego świat. Chciała podeptać to, co próbował kontrolować. Chciała być zła tak bardzo jak on.
– Proszę bardzo, możesz to zrobić – uniosła podbródek wyżej patrząc na niego zagadkowo. – Chce pojechać byle gdzie, chce wsiąść w pociąg byle jaki i spędzić czas byle jak, a ty możesz mi w tej podróży towarzyszyć, albo wrócić do domu – postawiła obie nogi na ziemi dostrzegając jego słabość, której się dopuścił i spojrzał w nieodpowiednie miejsce na jej ciele. Oparła łokcie na udach i pochyliła się ku niemu. – Chce zaszaleć, chce poczuć, że żyje. Mam dosyć planowania, mam dosyć analizowania, mam dosyć myślenia o tym, że jesteś pieprzoną zagadką i oszustem – wyszeptała ostatnie słowo delikatnie mrucząc niczym złośliwy, leniwy kot, którym w pewnym sensie była. Oparła się z powrotem o oparcie kanapy pociągowej i spojrzała przez okno opierając łokieć o fragment parapetu okna, a podbródek opierając na swojej dłoni. – Nie chce zawracać sobie głowy planowaniem i myśleniem, chce odpocząć od tego i nie obchodzi mnie to, czy ci się to podoba. Chcesz spędzić ze mną czas? To proszę bardzo, ale na moich warunkach. Z dala od naszych domów i… rodzin – w pewnym sensie chciała uciec od ich stałego otoczenia, w którym ciągle myślała o jego żonie i o tym, że ją dotykał jeszcze tego samego dnia, w którym pocałował jej własne usta wyznając swoje uczucia.