Buchające z kominka szmaragdowozielone płomienie oznajmiły mu przybycie uzdrowicielki, z którą zamierzał się odpowiednio przywitać.
— Dzień dobry, pani Bulstrode. — Odpowiedział równie uprzejmie. Czarownica wyglądała dokładnie tak, jak powinna wyglądać doświadczona, oddana swojej pracy uzdrowicielka. Budziła zaufanie, pomimo swojej surowej powierzchowności. Do ponownego skorzystania z usług czarownicy przekonywało go również to, że skutecznie uwolniła go od tamtej klątwy, którą złapał od tamtego posążka i złamała ciążącą na tym przedmiocie klątwie.
— Dobrze, że pani o tym wspomina i biorę pod uwagę ten pierwiastek nieprzewidywalności. Obecności mojej partnerki nie brałem nawet pod uwagę. — Ze słów kobiety Philip wywnioskował to, że nie tylko ona nie gwarantowała powodzenia, ale również mogły wystąpić nieprzewidywalne efekty. Tych wolałby uniknąć. Wspomnieniu o Lorettcie jako o swojej partnerce towarzyszyła z trudem wyważona niechęć w w jego głosie. Nie znajdował się w towarzystwie przyjaciół, aby móc pomstować na tę kobietę.
— Po drobnym przemeblowaniu ten salon powinien wystarczyć. Przygotowałem. Tylko muszę pozamykać okna i drzwi. — Wypowiadając te słowa wyciągnął z tylnej kieszeni spodni dżinsowych swoją różdżkę i jednym machnięciem przesunął stolik od kawy i fotele. Następnym ruchem nadgarstka zamknął drzwi i okna, po czym odłożył różdżkę. Na wygospodarowanym kawałku podłogi przykucnął i zaczął ustawiać krąg z tych świec rytualnych. Gdy już skończył, wyprostował się i spojrzał pytająco na czarownicę. Poza tym, że nie chciał mieć nic wspólnego z Lorettą, tak chciał przestać doświadczać tak wielu negatywnych emocji, z którymi zmagał się o wiele za długo.