Uniosła brwi widząc jak ta jego złość wylewa się z niego litrami. Czekała aż wybuchnie, aż wyrzuci z siebie te wszystkie złości i zagadkowe uczucia. Ona nadal będzie cicha i tajemnicza, nadal nie będzie chciała dać się mu złapać. Oboje jednak nie byli świadomi, ze dziewczyna już powoli wpadała w jego sieć, że powoli stawała się jego częścią, jego osobą, która będzie chciała stać za nim murem. Avelinę to przerażało, sprawiało, że dziewczyna chciała uciec, schować się i nie wychodzić ze swojej kryjówki przez najbliższe lata, ale zaraz potem uświadamiała sobie, że przecież przez ostatni czas dokładnie to robiła i nie pomogło, bo on pojawił się, błysnął białymi zębami w cudownym uśmiechu, spojrzał tymi zaskakującymi, zagadkowymi oczami na nią i po prostu spadała w jego sieć, do jego lwiej jamy bez wyjścia.
– Zawsze chciałam ucierać ci nosa, zapomniałeś? I zawsze była niezależna. Nigdy nie potrzebowała ludzi, to też zapomniałeś? – zapomniał ile nocy wymykała się, aby się z nim spotkać, zapomniał, że nikt nie zwrócił nawet na to uwagi? Zapomniał, że wymykała się dla niego do cieplarni, aby kraść składniki na jego głupie eliksiry? Zapomniał, że prosiła o niektóre składniki profesorów jeśli nie mogła zdobyć ich na własną rękę i nikt tego nie zauważył? Czasami naprawdę wydawał się być taki głupi, jak dziecko we mgle, które zapominało o istotnych aspektach ich znajomości. Gdy przesunął palcem po wardze w podbrzuszu Aveliny zatańczyły motyle, więc odwróciła od niego wzrok ponownie wlepiając oczy w widok za oknem. Tam było bezpieczniej. On źle na nią działał.
– Może chcę, abyś był po prostu sobą? – zapytała patrząc na niego i ignorując jego przytyk do jej myślenia o nim. Doskonale zdawał sobie sprawę, dlaczego o nim myślała. Tak bardzo chciała móc też uciec po spotkaniu z nim do innej osoby, ale nie mogła. On miał żonę, mógł zająć myśli kimś innym, miał dzieci, które pewnie zasypywały go prośbą o zabawę lub po prostu pytaniami. Ona wracała do pustego domu, kładła się na łóżku i patrzyła w sufit myśląc o nim, jego ustach na jej własnych. Chciałaby pójść w miasto, spotkać jakiegoś mężczyznę i zająć myśli kimś innym. Stworzyć swój własny świat, swój własny domek, a nie mogła, bo była pieprzonym samotnikiem bez możliwości posiadania ukojenia dla swoich myśli, a on jeszcze śmiał jej wypominać to, że o nim myślała?
Gdy poczuła jak jej kurtka osuwa się z jej ramienia spojrzała na niego zaskoczona w następnej chwili marszcząc ze złością brwi. Czemu sama nie wpadła na to, aby nauczyć się magii bezróżdżkowej. Byłoby łatwiej jej używać wśród mugolskich miejsc.
– Myślałam, że wychowano cię na człowieka z klasą, a nie prostaka – zauważyła poprawiając swoją kurtkę. – Ten obszar mojego istnienia jest dla ciebie niedostępny – fuknęła.