To, co działo się na tym świecie, było zwyczajnie straszne.
Laurent miał wrażenie, że tkwi we śnie. W głębokim, bardzo poplątanym i niezdrowym śnie, z którego zaraz się obudzisz. Wystarczy przejść jego kawałek, odbębnić fabułę, a potem już tylko szczypniesz się w rękę, jeśli nie ockniesz sam. Koniec, nie potrzeba niczego więcej. Uśmiechniesz się, przeciągniesz, bo to tylko sen - możesz iść dalej. Ten koszmar został zakończony, rozwieje go światło poranka, a potem zapach kawy. Wszystko przeminie wraz z pierwszymi krokami oddalającymi cię od łóżka. W tym śnie zamiast cię oddalać to przybliżało. Ciężko było się opamiętać, mogłeś klepać się po policzkach i było oczywistym, że na ten koszmar nie pomoże żadne szczypanie. Nie pomoże nawet jego zakończenie, bo on się nigdy nie rozwieje i nie zostanie zapomniany. Fatalizm wpisał się między wersy i przyszło im sczytywać słowa tej księgi z kolcami na ustach. Jak do tego w ogóle doszło? Jakim cudem to się wydarzyło? Można przyjąć, że byli na tym świecie "po prostu źli ludzie", ale okazywało się, że zło złu było całkowicie nierówne. To, którego doświadczali, było całkowicie czarne. Ta czerń była tak głęboka, nieprzenikniona, że stanowiła pustkę. Otchłań, o której pisał Nietzsche. Nie chciał w nią spoglądać. Nie chciał, żeby odpowiadała spojrzeniem. Nie chciał, żeby w ogóle istniała na tym świecie. Lecz proszę bardzo - oto była. Nie koszmar a jawa. Całkowicie realna, nakrywająca świat swoją peleryną.
Ministerstwo miało pełne ręce roboty i to nie uchowało chyba żadnego działu. Wszystkiemu nadano tempa, bo Czarny Pan ze słów przeszedł do czynów. Ponieważ nie tylko się obwieścił, ale i rozpoczął swoje działania, mające na celu... co? Zniszczenie kraju? Życia? Dopuszczenie do ruiny gospodarki? Zwykłą zabawę, której oczyszczenie ziemi z mugolaków było tylko przykrywką? Niedowierzanie było przeplatane w tych strofach, bo człowiek nie chciał się godzić na to, że nastały nowe czasy - Czasy Ciemności, jakie miały dotknąć każdą żywą istotę na tej ziemi. Zbyt dosłownie. Nie było dla Laurenta zdziwieniem, kiedy dostał pocztę z Ministerstwa proszącą o zajęcie się sprawą zniszczonej hodowli. Za to było wstrząsające. Obrzydliwe do cna przez przemoc, jaką prezentowali sobą Śmierciożercy.
- Straszne... - Odetchnął, spoglądając z trwogą na obraz nędzy i rozpaczy, jaki prezentował sobą teraz ten dom. Zacisnął palce mocniej na różdżce, zatrzymując się na moment. Duma stanął obok jego nogi. Dwie kobiety z Ministerstwa z Departamentu opieki nad magicznymi stworzeniami również rozejrzały się po okolicy i w ich oczach było wręcz wypisane niedowierzanie i pytanie, któremu brakowało sił - jak można coś takiego zrobić..? Zabić ludzi, którzy robili coś dobrego, tylko dlatego, że byli mugolami..? Laurent wyrwał się z otępienia i spojrzał na Philipa. Był naprawdę wdzięczny, że ten zgodził się pomóc. Nie to, że nie miał się do kogo zwrócić, ale jego obecność była jak zbawienie. Zawsze niewzruszony, tak pewny siebie, że... chyba mógłby nawet nie mieć żadnych przydatnych atutów do tego zobowiązania, jakiego blondyn się podjął, a i tak chciałby, żeby to właśnie Nott tutaj był. Bo miał to, co dla samego Laurenta było bezcenne. Spokój. Tą wspomnianą pewność siebie, której jemu samemu za często brakowało. - Uważaj, kiedy będziesz się rozglądał po okolicy. - Poprosił go, bo chociaż nie chciał mówić na głos, że przecież nie wiadomo, czy ktoś się jeszcze tutaj nie kręcił to pozostawił to w domyśle.
Wyciągnął różdżkę, zwracając się do kobiet, żeby poszły za jarczukiem i podążały za ewentualnymi poleceniami Philipa przy szukaniu stworzeń. Rzucił polecenie do Dumy, by ten szukał i węszył - z Philipem w powietrzu i nosem dumy, nawet w tym śniegu, nie sądził, żeby wiele stworzeń im umknęło. Przynajmniej tych, które gdzieś nie zniknęły i daleko nie uciekły między drzewa czy do lasu. Jarczuk ruszył do przodu, nurkując nosem w śniegu, kiedy blondyn wyciągnął rękę z różdżką i zaczął powoli przesuwać transmutacją spalone i zawalone belki, starając się je zbić w jedną, stabilniejszą całość, by możliwe było przeszukiwanie wnętrza budynku hodowli. A był on wcale nie taki mały. Prawdopodobnie kilka stworzeń zginęło. Być może niektóre nadal tam były - zakopane pod gruzami. Proces był powolny i żmudny, wymagający skupienia, żeby czasem przy tej transmutacji nie osunęło się to, co pozostało z tego miejsca, częściowo zawalonego. Para się broniła. I prawdopodobnie broniły się też magiczne stworzenia, które tutaj posiadano. Podobno mieli tutaj smoczogniki, to wystarczyło do tego pożaru.
I wypatrzenie tych smoczogników z powietrza byłoby trudne, gdyby nie to, że znowu z powietrza łatwo było zobaczyć przypalone drzewa, które zgasły same, naturalnie, przez wilgoć i śnieg, jaki zalegał wokół. Być może Śmierciożercy nie dotarli tutaj tylko po to, żeby zabić czarodziei nieczystej krwi. Być może te magiczne stworzenia były im do czegoś potrzebne.