Całkiem lubiła te wszystkie bale i inne spotkania towarzyskie. Lubiła trochę porozmawiać ze znajomymi twarzami, lubiła potańczyć… ale nie do bladego świtu, nie. Pokazać się, pobawić i zawinąć. Nie spodziewała się za to, że gdziekolwiek Laurent będzie chciał się pokazać z nią. Ta znajomość między nimi kwitła w najlepsze od ponad pół roku, ale raczej w prywatnym zaciszu, nie na ustach znajomych i rodziny. Tym niemniej… Dlaczego miałaby odmówić? Naprawdę lubiła towarzystwo Prewetta, dogadywali się ze sobą naprawdę bardzo dobrze i w jakiś sposób stał się jej bardzo bliski. Dlatego się zgodziła pójść z nim na wesele jakiejś dalszej rodziny, którą sam nawet słabo znał. Komplement jaki od niego otrzymała w liście skwitowany został uśmiechem, jakoś ciepło się robiło na sercu kiedy ktoś mówi ci coś miłego – a to było bardzo miłe, nawet jeśli sama Lestrange się z tym nie zgadzała… I w codzienną sukienkę wcale się nie ubrała. Natomiast zrozumiała sugestię i to, co wybrała, nie było suknią balową, bogato zdobioną, nic z tych rzeczy. Była taka, by pasowała na ślub i możliwie prosta i ładna, nie krzykliwa. Absolutnie nie chciała, żeby to na niej skupiał się wzrok, a nie na pannie młodej. Sukienka, jaką wybrała, była równie ciemna, co strój Laurenta, żeby do siebie pasowali, skoro już idą tam razem. Dzisiaj nawet zrezygnowała z mocnej czerwieni ust, w jaką lubiła się zdobić, a w bordo, współgrające z jej ciemnymi oczami i jeszcze ciemniejszymi włosami.
Nie przepadała za tymi przejażdżkami wozem z abraksanami. Była skłonna się zgodzić, że to sto razy lepsze od miotły, bo na miotłę by nie wsiadła, a do wozu dawała się zaprowadzić, ale każdorazowo musiała ściskać Laurenta za rękę i prosić go, żeby ją zagadywał, albo jakoś inaczej rozpraszał jej uwagę, żeby nie myśleć, że właśnie lecą. Miała cholerny lęk wysokości. Ona. Pierdzielony prawie-auror; to tak cholernie godziło w jej dumę, ale niestety… było. Kiedy już wylądowali, to potrzebowała chwili, by jednak dojść do siebie. Dlatego przechadzka po ogrodzie była całkowicie na miejscu. Musiała się uspokoić, a jak lepiej to zrobić jeśli nie patrząc na kwiaty, które tak ubóstwiała?
– Kogo tylko chcesz – odpowiedziała po prostu. – Albo kto się nawinie – no właśnie… raczej oboje kiepsko nadawali się do plotek. Coś czasem sobie opowiedzieli, z tego co któreś zasłyszało, albo było świadkiem, coś skomentowali, ale ich rozmowy i interakcje nie kręciły się zbyt mocno wokół innych ludzi, nie w tym znaczeniu w każdym razie. Były lepsze tematy i lepsze rzeczy do roboty niż poświęcanie myśli innym. – Piękne – przyznała i zamilkła. Faktycznie, czasami to był drażliwy temat – dla niej zwłaszcza. Po tym co zgotowali jej rodzice… Zaręczyny, o których poinformowali ją cztery dni wcześniej, z człowiekiem, którego nawet nie znała, dwa miesiące męczarni i… koniec, tak po prostu. Zamiast ślubnego kobierca – pogrzeb. Czuła wyrzuty sumienia, chociaż wiedziała, że nie powinna, i to ją frustrowało. Wyrzuty sumienia, bo czuła ulgę, że jego już nie było. – Wyobrażałam – odpowiedziała krótko po chwili. Ale co z tego, że sobie wyobrażała? Wcale go nie chciała. Nie z kimś, kogo nawet nie lubiła, a już na pewno nie kochała. – Nie mówmy o tym – poprosiła, biorąc Laurenta pod rękę. – Pomówmy o czymś milszym i weselszym. Jak na przykład co cię podkusiło, żeby zabrać mnie ze sobą – uśmiechnęła się, mając nadzieję, że gładko zmieniła temat z tego, który mógł bardzo skutecznie już na starcie popsuć im, a na pewno jej, humory.