Dolina Godryka. Przez umysł Ururu przewinęły się wszystkie wydarzenia związane z tym miejscem. Zadziwiające, jak Beltane wpłynęło nawet na samotnika, który nie wybrał się na letni festyn. Heather trafiła do szpitala. Na drugi dzień sam prawie skończył w tym samym miejscu. Aż w końcu...
— Dobrze, do zobaczenia.
Zebrali wszystko, co mieli. Ururu udał się do pokoju. Jeszcze chwilę pracował nad konceptem, ale w końcu doszedł do momentu, w którym bez praktycznych eksperymentów nie ruszy dalej. Przerwał więc i wyszedł na polowanie.
Zaskakujące w jego nowym wcieleniu była odporność na choroby, jaką zyskał. Ostatnio zdarzyło mu się zjeść mięso znalezione na śmietniku. Było zdecydowanie zepsute, a uwagę na nie przyciągnął przechodzący obok kot. Ururu nie myślał wtedy wiele. Po prostu złapał leżący na chodniku stek i pochłonął go w kilka sekund. Odczuł niesamowite psychiczne obrzydzenie i niezrozumienie własnych czynów... ale fizycznie czuł się niesamowicie.
Od tamtego dnia, od czasu do czasu zaczął wychodzić, by konsumować napotkane gołębie... Martwe lub żywe.
Potrzebowa na surowe mięso pogrążała go w rozpaczy. Była kolejnym dowodem na jego nowy stan.
Ale nie mógł o tym myśleć. Całymi siłami skupił się na termomixie.
Samuela obudził o szóstej rano.
Przygotował analizę kociołków, którą od razu wyrecytował koledze. Przedstawił mu wady i zalety różnych surowców oraz omówił wielkość. Teraz wspólnie mogli się zastanowić, które wybrać, chociaż w sprawie tworzywa Ururu był niemal stuprocentowo przekonany do mosiężnego. Srebrny byłby za drogi dla przeciętnego konsumenta, chociaż o tym chciał jeszcze podyskutować z Samem.
Finalnie stanęło na mosiężnym. Nad urządzeniem spędzili nie tylko kolejny dzień, ale i tydzień! Mieli wiele pomysłów i nie zrażali się porażkami. Pracowali, gdy tylko Sam miał wolne, a warsztat nie był zajęty przez jego ojca. Nawet jeśli był, pracowali gdziekolwiek, a Ururu w samotności obmyślał różne rozwiązania trudności, z jakimi się zmagali.
Aż w końcu nadszedł ten dzień. Ciężką pracą i tęgimi umysłami wyprodukowali magiczny kociołek, który z niewielką pomocą sam przygotowywał posiłki. Nie konkurowały one z szefami kuchni, ale testerzy zgodnie przyznawali, że dania z magicznego termomixu są smaczne. Chociaż największą zaletą była nie tyle jakość, co odciążenie od żmudnego obowiązku, jakim jest przygotowanie obiadu.
Wiele testujących osób chciało zakupić gotowy produkt. Sam i Ururu spojrzeli na siebie. Osiągnęli sukces. W mig opatentowali swoje urządzenie (cóż, Sam to zrobił, Ururu nie miał na co wchodzić do Ministerstwa bez dowodu tożsamości), a potem zaczęli się zastanawiać, w jaki sposób termomiciołek trafi na rynek.