Zdawała sobie z tego sprawę, dlatego nie narzekała i nie skarżyła się. Ogólnie rzadko to robiła, w ciszy znosząc wszystkie niedogodności jakie pod nogi rzucał jej los. Przed Laurentem nie kryła, że ma lęk wysokości i tu nie było żadnej niechęci do abraksanów, bo niczym nie zawiniły. Chodziło o samo bycie w powietrzu. I naprawdę wiedziała, że to irracjonalne. Tak czy tak, lot z nią w powozie był jeszcze jedną okazją do tego, by się poprzytulać i poopowiadać bzdury, byle tylko czuła się względnie bezpiecznie i odsuwała myśli od tego, co niepotrzebne.
Co zaś tyczyło się dziwnych kreacji… może część z nich była ostatnim krzykiem mody, ale część wyglądała jakby Isabella zatrzymała się że dwadzieścia lat temu, albo przeżywała drugą młodość za pomocą córki. Ale teraz tym bardziej nie lubiła tych strojów ze względu na to, jak wymuszono na niej, by ubrała jeden z nich na te przeklęte zaręczyny – bo suknia była prezentem od Rosierów. Łatwo zgadnąć, że Victoria miała teraz uraz i jak tylko mogła, to unikała kontaktów z tą rodziną. Nie z powodu poczucia winy (tego irracjonalnego), a ze złymi wspomnieniami, jakie z nimi miała. I tak starała się ubierać stylowo, na tyle modnie i mało fikuśnie, żeby nikt nie posądził ją o brak zainteresowania nowinkami, ale też by było jasne, że Victoria ma swój styl. Zasady dotyczące kolorów doskonale znała, tak więc oboje na tym weselu prezentowali się dobrze, nie wyróżniali się zanadto, prócz wejścia z abraksanami, rzecz jasna.
- Mogłaby być odrobinkę bardziej stonowana, to prawda – podchwyciła z uśmiechem na ustach, bo chyba żadne z nich nie mówiło poważnie. Wiązankom nic nie było, były dobre takie, jakie były i podkreślały charakter całego wydarzenia. Nikt by nie pomylił tego, co ma się tutaj odbywać.
Odwróciła się do niego, kiedy w tej krótkiej ciszy kontemplowała otoczenie, a Laurent tak cichutko powiedział coś, co przywołało rumieńce na jej policzki. Rzadko się rumieniła, zwykle była jak tą rzeźba bez emocji, spokojna, czasami coś się przebiło, zwykle nie pilnowała się dopiero, kiedy była sam na sam z kimś, komu ufała i przy kim wiedziała, że może spuścić z tonu. Ale nawet wtedy prawie się nie rumieniła. Zrobiła to teraz. Najpiękniejsza istota? Jakże to było… uśmiechnęła się do niego lekko, ciepło. Było w tym coś intymnego, to jak cicho to powiedział, jak…
- Dziękuję – odpowiedziała równie cicho co on.
A później uśmiechnęła się pod nosem, kiedy Laurent zaczął już normalnie mówić o powodach, dla których ją zaprosił.
- Nie, nie było żadnym przekroczeniem granicy – gdyby było, to by musiał poszukać innego towarzystwa na wesele. Ale i z tymi granicami… one były bardzo płynne. Z jej strony obecnie nic jej nie ograniczało, znowu była "wolna", panna na wydaniu – ale niedawno straciła narzeczonego i uważała raczej, że przynajmniej na jakiś dłuższy czas będzie miała spokój. Czy raczej: miała taką nadzieję. - Mi też bardzo miło. Lubię takie przyjęcia – byle nie za długo, ale sama możliwość przebywania wśród ludzi i zabawy… bardzo to lubiła. Więc jeśli Laurent miał ochotę potańczyć to trafił na odpowiednią partnerkę. - Nie przejmuj się tym. To nic takiego. Z tobą mogę latać. Ale na miotłę nie wsiądę – bardzo cicho się zaśmiała i pociągnęła Laurenta. - Chodź, chyba za chwilę będą zaczynać.