18.09.2023, 12:38 ✶
Po prostu osiągałem to, czego potrzebowałem. Taki już był mój urok, tak dorastałem, tak mnie wychowywano. Wyrzeźbiony na mężczyznę sukcesu, który nie zawróci z raz obranej ścieżki, bo zawsze wybierał właściwie. Szedłem po trupach, choć teraz, cóż, żadnych na razie nie było, tylko roztrzęsiony dzieciak kulący się w wielkim, pozłacanym fotelu, pewnie o aksamitnym obiciu w kwiatowe wzory.
Chłonąłem to, co mówił. Obserwowałem go uważnie, jak gdybym był widzem, a nie ojcem siedzącym tuż obok. Cóż, moja mimika jednakże oddawała to, co czułem wraz z Lorkiem. Łączyłem się z nim w bólu, strachu i niepewności. Tym bardziej nienawidziłem tego typa za to, że sprawiał takie problemy mojemu synowi, który powinien aktualnie żyć w słodkiej beztrosce.
Położyłem mu rękę na ramionach i pochyliłem się nad nim, przyciągnąłem do siebie. Przytuliłem. Pogłaskałem po ramieniu. Dalej tuliłem. Chłopak był załamany. Serio tracił zmysły.
- Loruś, słońce ty moje... Oddychaj spokojnie. Głęboki wdech, głęboki wydech. Na zmianę - poradziłem na otuchę, przesuwając dłonią po jego ramieniu. To ponoć działało. Nie byłem pewien, ale tak robiłą niegdyś moja matka ze mną. Tak mi się coś zdawało, aczkolwiek pamięć bywała taka zawodna po tylu latach życia.
- Boisz się i to nic złego. To, co cię spotkało, nie jest czymś normalnym i przewidywalnym. To chory pojeb, który zaburzył twój spokój. Mój również. Boję się o ciebie jak diabli - zauważyłem, przyznałem się i pokiwałem głową. Taka była prawda, a ja właśnie otwierałem się przed swoim synem. Chciałem by ujrzał we mnie wsparcie, a nie wroga. - Poradzimy z tym sobie razem!
Mam nadzieję, że trochę go pocieszyłem. Na moment niestety musiałem od niego odstąpić, bo nie chciałem mu się wydzierać nad uchem, a czas naglił.
- Zgrzebek, listy i chusteczki! Migiem! - uniosłem głos, bo za długo się guzdrał, a lista robiła się coraz dłuższa. - Laurencie, pij herbatkę. Naprawdę ci pomoże - odparłem niższym tonem, wciąż siedząc obok niego, więc prośbo-rozkaz czekał na zrealizowanie. Spojrzałem na niego z góry ze współczuciem, ale też z ponagleniem. Spieszyło mi się do rozwiązania sprawy, a im szybciej będziemy gotowi, tym lepiej.
- Pocieszeniem jest to, że pozostałe osoby żyją. Nie zaszkodzi jednak znaleźć odpowiednią osobę do roli bodyguarda we śnie. Uruchomię kontakty - przyznałem nad wyraz spokojnie.
- Ale wpierw się uspokoimy. Zapanujemy nad paniką... Lepiej ci? - zapytałem syna, głaszcząc go mimowolnie po plecach. - Poza tym widzisz, jaka ze mnie kanalia. Ojciec nie pozwoli ci utonąć w żadnym koszmarowym sztormie - zaśmiałem się dla rozluźnienia nieco atmosfery, choć mogło powiać grozą. Jeśli zajdzie potrzeba, sam wejdę do snów, odnajdę tego człowieka i pokażę mu, co to znaczy zadzierać z Prewettami.
Chłonąłem to, co mówił. Obserwowałem go uważnie, jak gdybym był widzem, a nie ojcem siedzącym tuż obok. Cóż, moja mimika jednakże oddawała to, co czułem wraz z Lorkiem. Łączyłem się z nim w bólu, strachu i niepewności. Tym bardziej nienawidziłem tego typa za to, że sprawiał takie problemy mojemu synowi, który powinien aktualnie żyć w słodkiej beztrosce.
Położyłem mu rękę na ramionach i pochyliłem się nad nim, przyciągnąłem do siebie. Przytuliłem. Pogłaskałem po ramieniu. Dalej tuliłem. Chłopak był załamany. Serio tracił zmysły.
- Loruś, słońce ty moje... Oddychaj spokojnie. Głęboki wdech, głęboki wydech. Na zmianę - poradziłem na otuchę, przesuwając dłonią po jego ramieniu. To ponoć działało. Nie byłem pewien, ale tak robiłą niegdyś moja matka ze mną. Tak mi się coś zdawało, aczkolwiek pamięć bywała taka zawodna po tylu latach życia.
- Boisz się i to nic złego. To, co cię spotkało, nie jest czymś normalnym i przewidywalnym. To chory pojeb, który zaburzył twój spokój. Mój również. Boję się o ciebie jak diabli - zauważyłem, przyznałem się i pokiwałem głową. Taka była prawda, a ja właśnie otwierałem się przed swoim synem. Chciałem by ujrzał we mnie wsparcie, a nie wroga. - Poradzimy z tym sobie razem!
Mam nadzieję, że trochę go pocieszyłem. Na moment niestety musiałem od niego odstąpić, bo nie chciałem mu się wydzierać nad uchem, a czas naglił.
- Zgrzebek, listy i chusteczki! Migiem! - uniosłem głos, bo za długo się guzdrał, a lista robiła się coraz dłuższa. - Laurencie, pij herbatkę. Naprawdę ci pomoże - odparłem niższym tonem, wciąż siedząc obok niego, więc prośbo-rozkaz czekał na zrealizowanie. Spojrzałem na niego z góry ze współczuciem, ale też z ponagleniem. Spieszyło mi się do rozwiązania sprawy, a im szybciej będziemy gotowi, tym lepiej.
- Pocieszeniem jest to, że pozostałe osoby żyją. Nie zaszkodzi jednak znaleźć odpowiednią osobę do roli bodyguarda we śnie. Uruchomię kontakty - przyznałem nad wyraz spokojnie.
- Ale wpierw się uspokoimy. Zapanujemy nad paniką... Lepiej ci? - zapytałem syna, głaszcząc go mimowolnie po plecach. - Poza tym widzisz, jaka ze mnie kanalia. Ojciec nie pozwoli ci utonąć w żadnym koszmarowym sztormie - zaśmiałem się dla rozluźnienia nieco atmosfery, choć mogło powiać grozą. Jeśli zajdzie potrzeba, sam wejdę do snów, odnajdę tego człowieka i pokażę mu, co to znaczy zadzierać z Prewettami.