Nie przystoiło narzekać, ani uskarżać się na wszystko – przecież nie była jedyną osobą, którą coś gniotło w sercu i w życiu. Czy narzekanie coś polepszało? Niespecjalnie. A i kto chciał słuchać taką marudę? Złej baletnicy przeszkadza nawet rąbek u spódnicy, a ona nie chciała być tą złą. Chciała żeby ją pochwalono, żeby doceniono, żeby ktoś w jej rodzinie powiedział „dajesz z siebie wszystko, jesteś najlepsza, chodź, odpoczniesz sobie”. Albo, że są z niej dumni. Nie mówił tego nikt oczywiście. Ale ten bunt… co on by zmienił? Oprócz tego, że byłaby postrzegana jako nieznośna i że to nie przystoi damie jej kalibru. Czy to by polepszyło jej sytuację? Sądziła, że nie. Wydawało jej się, że byłoby tylko gorzej. Ale kiedy siedzisz w bagnie po uszy, łatwo uwierzyć ci, że nie czeka cię już nic dobrego, że to najwięcej na ile zasługujesz, że masz tyle, ile jesteś wart. Człowiek zaszczuty zaczynał postrzegać swoją sytuację za zupełnie normalną i tak trudno było się z tego wyrwać samemu…
W trakcie ślubu powinno się mówić tylko miłe rzeczy, w końcu to był bardzo wyjątkowy dzień. Dlaczego ktokolwiek miałby go popsuć? Panna młoda zalana łzami innymi niż szczęścia… Ach, cóż by to była za katastrofa. Jakaś wiązanka kwiatów nie była tego wart – tym bardziej, że Victoria wcale nie uważała ich za brzydkie, nic z tych rzeczy. Nie znała też ani panny młodej, ani pana młodego… Znała Laurenta, rzecz jasna. Jakieś pojedyncze znajome twarze gdzieś jej mignęły, ale nikt konkretny, nic specjalnego. Ale to jej nie przeszkadzało w tym, by myśleć sobie, że to będzie udana impreza i będzie się dobrze bawić. Laurent nie pił alkoholu, co najwyżej zamoczył usta. Ona mogła wypić nieco więcej – w tym za niego, jakby ktoś miał krzywo patrzeć (zawsze mogli się wymienić swoimi kieliszkami szampana), ale też nie pijała nie wiadomo jak dużo, bez przesady znowu. Zaś komplement… Może i nie był wyszukany,, może był banalny i wręcz tani, ale Victoria tak rzadko słyszała tak miłe rzeczy, nawet mówione na siłę, że kiedy ktoś sprzedawał jej taki tekst, brzmiący tak szczerze… Jak miał nie chwytać za serce?
– Idealnie – na tym polu też się rozumieli i dogadywali. Żadne z nich nie chciało tutaj siedzieć do białego rana, z napitymi ciotkami, wujkami i innymi gośćmi, którzy po którymś kieliszku alkoholu robili się głośni, rubaszni i niesmaczni. Nie chodziło o zawinięcie się z imprezy kiedy tylko nadarzy się okazja, bo skoro już się wystroili i pojawili, to można było się rozerwać i ze sobą pobawić. Ale po co siedzieć do oporu? – Nie sugerowałam, że wziąłbyś mnie na miotłę. Ja po prostu im nie ufam, nie wsiądę i już. Chodziło mi o to, że nie jest tak źle, bo do powozu weszłam, więc się nie przejmuj – chyba mu nie mówiła skąd ten lęk wysokości? Właśnie przez miotły i naukę latania na pierwszym roku w szkole. Później strach zakorzenił się w głowie i tak już został. Kiedy siedzieli w powozie, kiedy ściskała jego rękę, albo się przytuliła… jakoś łatwiej to było znieść, ten lot w powietrzu, jakiekolwiek to wszystko nie było irracjonalne.
Pierwszy rząd był dla rodziny. Drugi i trzeci zresztą też. Ona była tu kompletnie obca, to Laurent był spokrewniony, ale i on wcale nie pchał się na przód, zajęli więc miejsca nieco dalej, siadając obok siebie. Pan młody stał na podwyższeniu razem z kapłanem, po chwili zabrzmiała muzyka i panna młoda, pod rękę ze swym ojcem, została poprowadzona po dywanie. Nie wyglądała, jakby miała zapłakane oczy – można więc było odetchnąć. Sama ceremonia nie była zbyt długa. Formułki wypowiadane przez kapłana, powtarzane przez młodą parę… Kilkanaście minut i było po krzyku. Jedyną płacząca osobą była chyba matka pani młodej, zalana łzami w pierwszym rzędzie. Chwilę później nastąpił symboliczny pocałunek pary i przejście po dywanie pomiędzy krzesełkami, by dostać się do tej mniej oficjalnej części wesela – bo do tej zabawowej. Druhny szły za panną młodą, poprawiając jej długi welon, jakaś mała dziewczynka sypała płatki kwiatów po drodze. Ludzie zaczęli się podnosić z krzesełek, wstała też Victoria z Laurentem. Poproszono gości do grupowego zdjęcia z parą młodą. Kilku dokładnie, by na koniec poprosić niezamężne panny wraz z partnerami, żeby ustawili się do zdjęcia z przodu. Miało to tez swój strategiczny powód, bo chwilę później pani młoda wystąpiła do przodu, stanęła tyłem i rzuciła swoim pięknym bukietem za plecy.
Victoria znała ten zwyczaj i uważała za strasznie głupi. Uchyliła się, nie mając zamiaru tych kwiatów w ogóle dotykać, w nadziei, że dziewczyna, która stała obok niej, będzie chętniejsza do zamążpójścia i wyciągnie dłoń po lecące do nich kwiaty.