Lubiła błyskotki, skarby wszelkiej maści, ale w tym momencie nie one były najważniejsze, a wiedza. Wiedza co dalej. Wiedza o tym, w jakim innym, potencjalnym miejscu, szukać dalej – jeśli tutaj nie będzie satysfakcjonujących informacji, to może chociaż przybliżone miejsce na kolejne wykopy. Błyszczące się złoto było sprawą drugorzędną. W tym wypadku ważniejsza była droga, nie sam cel, przynajmniej według Guinevere.
– Zobaczysz, Jamil sobie poradzi. Jeśli jest mu pisane skontaktować się z duchem, to to zrobi – z Anwarem znała się kupę lat. Co najmniej dwadzieścia dwa – a znali się jeszcze z czasów szkolnych, rozpoczęli naukę w tym samym roku, oboje byli z mieszanych rodzin Egipsko-Angielskich, więc tym łatwiej było znaleźć nić porozumienia. I ostatecznie… razem też pracowali. Ich losy przenikały się, drogi przecinały i tak to już sobie trwało. Guinevere wiedziała na co stać Jamila, wierzyła więc, że i z duchem z pergaminu sobie poradzi.
Nie odpowiedziała mu. Tak, chodziło o te zwoje. Zamiast tego, trzymając się dłonią o długich palcach za skroń, w końcu otworzyła oczy. W odpowiedzi Cala słyszała pewną dozę frustracji, ale w tej chwili nie było to ważne. Duże, jasnobrązowe oczy, wpatrywały się w zapisane zwoje, wręcz niemal jak w transie Ginny kucnęła i bardzo delikatnie rozwinęła jeden z nich, nie chcąc go uszkodzić. Znaki układały się w słowa, słowa w zdania, i rozsypywały znowu. Tam gdzie myślała, że już łapie sens, okazywało się, że nie ma go wcale. Albo był? Gdzieś na końcu jej umysłu, jak zagubione słowo na końcu języka. Wiesz co chcesz powiedzieć, wiesz, już prawie to masz…! I nagle ci się wymyka.
– To jest… to – spróbowała znowu, najpierw mrugając zawzięcie, jakby to miało pomóc na ból głowy, ale nie pomagało wcale. W końcu przestała się opierać i po prostu skupiła się, a z jej ust znowu wydobyło się stęknięcie; głowa ją bolała, a te migające przed oczami znaczki powodowały, że wręcz trochę kręciło jej się w głowie. Miała też wrażenie, że zaraz zwymiotuje – uczucie było podobne jak po teleportacji, po której zawsze musiała odejść na boczek i wyrzygać śniadanko. – P-prawie to mam, to…