Gdyby mogła wybrać, czy chce by ta chwila trwała wiecznie, to by wybrała. Każdy potrzebował w swoim życiu czułości, ona, ta z pozoru chłodna, zdystansowana, wiecznie analizująca różne rzeczy kobieta również. Może nawet bardziej niż inni, bo życie jej tego poskąpiło. Jej rodzice tej czułości nie okazywali, albo zupełnie minimalnie – i bardziej jej ojciec niż matka. A ona po prostu potrzebowała czasami usłyszeć coś miłego. Potrzebowała się przytulić i poczuć ciepło drugiej osoby. Wiele więcej wcale nie chciała, tylko tyle. Zupełne minimum. A jej przyszłość nie rysowała się w kolorowych barwach i wcale nie wierzyła, że czeka ją tam cokolwiek dobrego. Nie chciała więc mówić ani myśleć o jakichś zaręczynach i ślubach, które znowu wymyślą (bo na pewno to zrobią) jej rodzice. Gdyby tylko miała wolną rękę… to co by wybrała? Nie wiedziała. Nigdy się nad tym nie zastanawiała.
Laurent może i nie górował nad innymi mężczyznami, ale nad większością panien, w tym nad Victorią (nawet jeśli miała na sobie śliczne buciki na szpilce) – owszem. Las rąk mógł jednak zaburzyć pole widzenia. Śliczny bukiecik, który panna młoda trzymała w rękach przez całą ceremonię poleeeciał, jakaś pannica nawet podskoczyła, żeby go złapać, kiedy Victoria zgrabnie się odsunęła, ale… wcale nie wylądował z rękach tej chętnej panienki.
Złapał do Laurent.
Victoria odwróciła się i nie była pewna kto był bardziej zdziwiony: Laurent, panienki, panna młoda, goście czy sam bukiet. Komentarze swoje, śmieszki swoje, policzki Laurenta poczerwieniały wyraźnie, kiedy tak miętolił kwiatuszki w swoich dłoniach. Zbiegowisko szybko się przerzedziło, ludzie byli już głodni i spragnieni alkoholu, jak to na takich uroczystościach bywało. Victoria za to stała obok Laurenta, w pierwszej chwili niezbyt pewna co ma zrobić, ale w końcu cichutko się zaśmiała i nawet uniosła dłonie, żeby go złapać za policzki i zmusić, żeby na nią spojrzał.
– Ups – nie umiała się teraz nie uśmiechać. – Nie tak miało być. Odsunęłam się, żeby jedna z tych dziewczyn go sobie złapała, a tu o – zachichotała cicho, chcąc jakoś rozładować atmosferę i zakłopotanie Laurenta. W żyyyciu go takim nie widziała i nie sądziła, że zobaczy. – Nic się nie stało, wiesz? – ściągnęła w końcu swoje przyjemnie chłodne dłonie, żeby złapać go teraz za jego palce. – Nie przejmuj się, to tylko głupi zwyczaj. Najwyżej te panienki nie wyjdą za szybko za mąż, żadna strata.