Philip jak dotąd nie należał do grona ludzi analizując jak do tego wszystkiego doszło ani co popchnęło do dokonywania podobnych czynów tych ludzi, których zdecydowanie nie był w stanie nazwać dobrymi ludźmi. Określenie ich jako po prostu złych ludzi też nie oddawało prawdy o sprawcach tego bestialskiego ataku i wielu mu podobnych. Wolał nazywać ich fanatykami. Istniała kolosalna różnica w szczyceniu się od pokoleń płynącą w żyłach czystą krwią i spoglądaniu z wyższością na osoby o innym statusie krwi, a usiłowaniem pozbawienia ich życia z tego właśnie powodu.
Pozostaje dumny ze swojego pochodzenia, które teraz dawało mu swoistą ochronę, jednak nie jest w żaden sposób uprzedzony do mugoli i mugolaków. Poprzez bycie osobą szeroko rozpoznawalną starał się zachowywać swoje poglądy dla siebie i nie wygłaszać ich publicznie. Gdyby to zrobił to mógłby stać się swoistym ambasadorem równości dla mugolaków i czystokrwistych, jednak musiał myślał o daleko idących konsekwencjach dla siebie i swojej rodziny. Czysta krew wciąż rządziła światem czarodziejów, a przedstawiciele tej grupy stanowili spore grono jego fanów albo osób przychylnych jego rodzinie. Nie chciał stać się celem ataku Śmierciożerców ani narazić na to swoich bliskich.
— Straszne nie oddaje pełnego obrazu sytuacji, który widzimy. — Stwierdził z typową dla siebie bezpośredniością, spoglądając przed siebie z nie mniejszą trwogą. To, czego dopuścili się Śmierciożercy, powinno nawet tak wygadanej osobie jak on odjąć mowę na parę chwil. Zapewne tak byłoby, gdyby nie fakt, że wciąż i wciąż na usta cisnęły mu się same dosadne i niecenzuralne słowa. Wyjątkowo jak na siebie musiał się zaraz za razem gryźć się w język. Jednocześnie miał wrażenie, że jak zrobi to kolejny raz to wręcz go rozsadzi.
Stając wraz z Laurentem, ułożył dłoń na jego barku. Jakoś tak wychodziło, że ze wszystkich ludzi, którymi Philip się otaczał, nie potrafił odmówić Laurentowi. Zwłaszcza, że on nie oczekiwał w tym momencie nie wiadomo czego, jedynie jego obecności. Oczywiście, akurat w tym przypadku mógł zrobić dla niego coś więcej i to było coś, co chciał dla niego uczynić.
— Zawsze jestem ostrożny. O nic się nie martw. Uważaj na siebie, nawet jak towarzyszy Ci ta bestia. — Zapewnił go, nieznacznie rozmijając się z prawdą. Philip nie stronił od wykonywania zapierających dech w piersi tysięcy osób działań. Teraz jednak zamierzał się od tego powstrzymać. Nie chodziło o robienie widowiska.
Philip zsunął z barku miotłę i po przełożeniu jednej z nóg przez jej trzonek, naciągnął na twarz swoje gogle. Zaczynał padać śnieg, jednak one zostały zaczarowane tak aby odpychały krople deszczu czy płatki śniegu właśnie, nie utrudniając mu przy tym widoczności. Poprawił również szalik i czapkę. Uchwycił oburącz trzon miotły i odbił się mocno od ziemi, wnosząc się w powietrze. Powoli zwiększał pułap swojego lotu, jednak nie na tyle aby stracić z oczu dwie kobiety i potwornego psa.
Przez pierwsze minuty lotu nie dostrzegał śladu obecności zbiegłych magicznych stworzeń, dopiero z czasem natrafiając na przypalone drzewa oraz te jeszcze nienadtrawione przez płomienie wywołane przez kontakt z ogonkami smoczogników. Wypatrywał uważnie takich właśnie rozbłysków, chcąc skierować do nich towarzyszące mu pracownice Ministerstwa Magii. Ze schwytaniem przerażonych ognistych jaszczurek powinny sobie poradzić lepiej od niego.