Jak to w jakim towarzystwie się obracała? W najlepszym. Uważała, że otacza się cudownymi i bardzo uzdolnionymi osobami, gdyby ktoś tylko spróbowałby to negować, to na pewno zademonstrowałaby, co o tym myśli. Heather Wood gotowa była bronić swoich najbliższych niczym lwica, nawet w takich błahych sprawach.
Longbottom złapała ją za łokieć i chciała odciągnąć od drzewa. Dotarły do niej jej słowa, ale nie do końca chciała w nie wierzyć. - Przecież to jest wujek Bob, no zobacz! - Chciała jej pokazać twarz drzewa, żeby i ona ją zobaczyła.
Nie miała nawet czasu, żeby zareagować, bo partnerka odciągała ją dalej, daleko od tej postaci uwięzionej w pniu. - Ale co będzie z wujkiem, musimy mu pomóc, przecież on cierpi! - Przeniosła wzrok na to drugie drzewo, które wyciągało gałęzie w ich kierunku. Nie wyglądało na specjalnie pozytywnie nastawione. Może Longbottom miała rację? Na pewno miała, jak zawsze zresztą. Wood dała się oszukać, po raz kolejny nie była w stanie trzeźwo myśleć, a czarnomagiczna sztuczka wydawała się jej być prawdą. Była zła. Powinna wreszcie zrozumieć, że nie może wierzyć we wszystko, co widzić. Nie było to jednak takie proste. Szczególnie, kiedy chodziło o kogoś z rodziny, a drzewo miało przecież twarz jej wuja.
- Masz rację, musimy stąd zwiać. - Gałęzie nadal zmierzały w ich kierunku. Wood cofała się, aby nie dać się złapać. Trochę jej było szkoda tego drugiego drzewa, które chciało, żeby ktoś je zniszczył, jednak nie miała za dużo czasu na reakcję. Będzie musiała tu wrócić. Kiedyś. Nie zostawi przecież kogoś w potrzebie, bo może to był człowiek zaklęty w roślinę? Nie miała pojęcia, o co chodziło tak naprawdę z tymi drzewami, ale żyły, zdecydowanie nie było to normalne.
Ona także usłyszała głos, przytłumiony, nie dochodził z bliska. - Nie musisz mi dwa razy powtarzać. Będę nad tobą. - Zdjęła z pleców miotłę, bardzo szybko, bo jedna z gałęzi zaczęła zmierzać w jej kierunku. Rudej udało się wskoczyć na magiczny patyk, kiedy tamta chciała ją złapać za stopę. Zawisła w powietrzu i czekała, aż Longbottom się przemieni, wtedy wyruszy tuż nad nią w las, w stronę głosu. Oby to był Apollo.